Mówca demotywacyjny

O tym, co ma wspólnego bieganie ultramaratonów z lotem ćmy ku zapalonej świecy, o tym, co powiedziałabym młodzieży, gdyby jakaś chciała mnie słuchać i dlaczego firmy tak chętnie zapraszają sportowców-hardkorowców.

Niektórzy sportowcy zostają po zakończonej karierze mówcami motywacyjnymi. Jeżdżą na różne konferencje, są zapraszani przez prezesów firm, zakładają swoje firmy coachingowe. I opowiadają swoją historię wraz z tips and tricks: jak wytrwale dążyć do celu, jak się nie poddawać, zawsze dawać z siebie więcej i jak być jeszcze lepszym pracownikiem, sprzedawcą czy przedsiębiorcą. Mają przecież całe lata praktyki w konsekwentnym dokręcaniu sobie śruby, dlatego są cenieni. Małe płotki biznesu połykają ich doświadczenia jak pokarm, który ma ich kiedyś zmienić w rekiny. 

Te wyjątkowe zdolności przydają się w biznesie, więc pracownik, który potrafi przebiec ultra, to łakomy kąsek. Można powiedzieć, że dlatego, że jest pewnie zdrowszy ciałem, dba o siebie bardziej niż inni, codziennie lub prawie codziennie wychodzi na trening niezależnie od pogody, splotów losu, chorób dzieci i wszystkiego, co zwyczajnemu człowiekowi mogłoby stanąć na drodze.

On będzie na posterunku o 5 rano przed pracą, żeby zrobić długie wybieganie, nawet jeśli u wąsa będzie wisiał mu długi sopel lodu. A może do pracy też będzie tak podchodził? Dla prezesa to dobrze, jak przyjdzie do firmy taki gość, który medalami mógłby wytapetować cały open space i będzie opowiadał, że siłą woli, konsekwencją, opanowaniem swojego słabego ciała i dążeniem do celu można osiągnąć rzeczy wielkie. Zaszczepi w innych tę kulturę siły, wielkiej sprawności, potężnych możliwości.

Możesz być taki jak on! Opowie Ci o kryzysach na trasach biegów, jak to biegł 100 kilometrów z prawie urwaną nogą, połamanymi palcami, pękniętą śledzioną albo z 40-stopniową gorączką. Przeżył straszliwe rzeczy i bliski był poddania się, ale nie mógłby tego zrobić! Musiałby potem popełnić seppuku! Zwymiotował więc, wstał z kolan i pobiegł dalej. Niektórym uda się nawet wygrać te zawody. 

Nie będę wpływać na szeroki ocean tego wątku i wiem, że kryje się w nim wiele więcej, a ja teraz bardzo go spłyciłam. Nie będę też zanurzać się głębiej w to, po co firmom pracownicy podziwiający takie historie. Może jestem niesprawiedliwa i w ogóle nie chodzi im o własne korzyści. Może pragną tylko, by ich pracownicy czuli się lepiej i cieszyli z pięknych medali, pucharów i cudownych wspomnień z wyścigów. Bo wiele wspomnień jest rzeczywiście cudownych i fajnie jest je mieć.

Mówca siewca chaosu

Cała ta przydługa opowieść jest wstępem do mojego niedawnego przemyślenia, że ja, jako były sportowiec, gdybym w ogóle miała być jakimś mówcą (albo jakby ktoś chciał mnie w takim celu zapraszać), to byłabym raczej mówcą demotywacyjnym. Doszłam do takiej konkluzji wczoraj, gdy pokrótce streszczałam, o czym jest moja książka “Mam tak samo jak Ty”.

Po tym, jak powiedziałam parę słów o zaburzeniach odżywiania, kryzysach, problemach z samooceną mimo biegania 250 km po pustyni, określaniu swojej tożsamości i trudnych pytaniach, które przychodzą człowiekowi w kryzysie, napisała do mnie koleżanka, czy zgodziłabym się spotkać z młodzieżą, którą ona uczy i opowiedzieć jej swoją historię. Z jednej strony zrobiło mi się bardzo miło, a z drugiej strony poczułam pewne rozbawienie. Zwykle zaprasza się ultramaratończyka czy innego sportowca, żeby opowiedział coś inspirującego, trochę dla rozrywki może. A ja?

Czy nie poszłabym tam trochę ku przestrodze? Jak pani anonimowa alkoholiczka, która opowie dziś młodzieży o tym co może się stać, gdy stracą kontrolę nad sytuacją. Gdy zapędzą się w tym za daleko.

Trochę się oczywiście sama z siebie naigrywam. Być może ktoś teraz mógłby mnie wziąć za jakąś nawiedzoną laskę, która zacznie jeździć po kraju i przestrzegać: “Ultra zniszczy wasze życie! Nie idźcie tą drogą!”. Niespieszno mi ani by zostać mówcą, ani by zniechęcać kogoś do ultra czy innych sportów.

Granica może być cienka, ale znam ludzi, którzy są w tym biegowym świecie wiele lat i wynikowa sodówka nie uderzyła im do głowy. Nie utracili tego słynnego work-life balance. Nie każdy od razu musi sobie coś powiększać tym, że biega na długich dystansach (mam na myśli ego, oczywiście). Nie każdy biega po to, by inni klepali go po pleckach, podziwiali go albo patrzyli mu w oczy z porozumiewawczym uśmiechem, albo dlatego że wierzy, że tylko wtedy będzie coś wart. Biegamy z przeróżnych powodów. Jedni z bardziej romantycznych, inni bardziej patologicznych.

Pomiędzy przygodą a spuszczaniem sobie łomotu

Ultra to długie godziny spędzone w magicznych górskich sceneriach o najróżniejszych porach dnia i nocy. Przygody, niezwykłe spotkania ze zwierzakami, wschody i zachody słońca, zapach lasu, bieganie w deszczu i burzy, w śniegu, możliwość pobycia sam na sam z sobą i myślenia tylko o tu i teraz. To również szczególne znajomości zawiązywane na trasach biegów. Dziwny rodzaj porozumienia z całkiem obcymi ludźmi, bardzo niewerbalny. To również wiele godzin spędzonych na treningach, dających czasem ukojenie w ciągu stresującego dnia. To cała potężna mieszanka doznań. 

Jest w tym jednak również zachęta to krzywdzenia samego siebie. I tu granica też jest cienka. Bo nie jest niczym dziwnym, że będzie się miało na stopach pęcherze, czasem zejdzie jakiś paznokieć, czasem będzie bolał żołądek, brzuch, będzie zimno albo zbyt gorąco. Że trzeba się będzie zmusić, żeby wyjść na trening, gdy bardzo się nie chce. Albo dobiec do mety, mimo że jesteśmy już na “ostatnich nogach”, a to jeszcze 10 kilometrów. Bez tego wewnętrznego zakapiora coś takiego jak przebiegnięcie stówy by się nie udało. Ale ta zachęta jest czymś znacznie więcej. Ona mówi Ci, że masz biec mimo że właśnie skręciłeś kostkę. Bo tylko mazgaj by zrezygnował. Mówi Ci, że to straszliwy dyshonor zejść z trasy i że innym się może zdarzyć, ale nie Tobie. Bo najwięksi mocarze nie schodzą. Najsilniejsze głowy trzeba z trasy zabrać karetką. Jak zejdziesz o własnych siłach – znaczy mogłeś jeszcze iść. Jak nie możesz iść, to się czołgaj.

Dla wielu biegaczy to ultra, które miało być hobby (w bardzo nielicznych biegach są do wygrania jakieś finansowe nagrody, zwykle to bitwa o pietruszkę, tytuł master jedi i szacun na dzielni) staje się całym światem. Budujemy na tym swoją tożsamość człowieka z “mocną psychą”, tego, który się nie poddaje, który trenuje jak zawodowiec, bardzo pilnuje diety i każdych stu gramów na wadze. Nie stoi za nami sztab ludzi (dziś już zaczyna stać za najlepszymi zawodnikami, ale do niedawna tak nie było), którzy mają pomóc nam zwyciężyć. Nie będzie wielkiej wygranej, żadne pieniądze nie zrekompensują wkładu w to hobby. Nie będzie żadnego medalu igrzysk olimpijskich. Kontraktów z producentami napojów energetycznych czy kukurydzy na kiszonkę. Nie będziemy z tego żyć. Ale wielu będzie funkcjonować jak zawodowcy, poświęcając ponad miarę. Zaniedbają rodzinę, znajomych, tylko praca i sport. Będą chodzić wcześnie spać, bo rano trzeba wstać na trening, niektórzy nie będą jeść posiłków z rodziną, bo mają swoją specjalną dietę. I jak rodzina nie rozumie i się na to nie godzi, to jest zła. Jak nie chce stać i kibicować, to nie wspiera. A Grześkowi dzieci robią korony z papieru! Na mecie takie osoby będą dramatyzować, że wynik był o 37 sekund za słaby, by spełnić ich oczekiwania. Albo pojawi się jakiś nowy Mateuszek, który ich “obiega z marszu”, miażdżąc ich ego. Niektórzy w pogoni za glorią i chwałą skrócą gdzieś trasę, żeby tylko odebrać uścisk dłoni na podium. Tak ważne jest, żeby tę pietruszkę odebrać przed oczami innych. 

A gdy wybiegają sobie kontuzję, z którą jednak okaże się nie dać biegać, załamią się. Bo przestaną dostawać te wzmocnienia, przestaną być głaskani, nie będą mogli budować swojego ja za pomocą tych kilometrów, pietruszek i orderów z papieru. Zresztą w sporcie zawodowym, w którym jest duża kasa, jest przecież jeszcze gorzej, bo wchodzi w grę dorzucanie koksu do pieca swojego organizmu. Lata takiego traktowania siebie pozostawiają ciało w ruinie, psychikę też. 

Zgliszcza i ruiny

Po latach eksploatacji siebie, pogoni za wynikami, za uznaniem, po latach “na kredyt”, gdy w końcu ta konstrukcja się rozsypie, rozglądasz się wokół i zastanawiasz, co się właściwie stało. Gdzie jest to coś, za czym tak goniłeś? Masz wspomnienia, fajnie. To cenne. Ci, którzy nazbyt się nie zagalopowali, też je mają. No i mają jeszcze jakiś inny świat poza tym. Podobnie jest zresztą, gdy za bardzo się zagalopujesz w pracy, w robieniu kariery. Bo za to przecież też są głaski. Jeśli Twój związek to przetrwał, a dzieci wciąż Cię lubią, to jesteś zwycięzcą. Jeśli Twoje ciało się nie posypało – to Ci się udało. Często jednak tak różowo nie jest. Wymuszony rozbrat ze sportem powoduje potężny zjazd psychiczny, podczas którego wykluczony, kontuzjowany biegacz staje się jeszcze bardziej nieznośny. Często zamiast kilometrów na liczniku, rosną tylko kilogramy.  Biegowy świat leci dalej. Fejsbuk zasypuje Cię fotkami Twoich znajomych z pięknych treningów, reklamują się imprezy biegowe, ktoś gryzie medal. Ktoś Ci mówi, że z taką błahą kontuzją jak Twoja, to on 200 kilometrów przebiegł, zanim się w ogóle zorientował, że mu się kolano zgina w drugą stronę. Więc jeszcze dopieprzasz sobie, że Ty to cienias jesteś, skoro musiałeś mieć trzy operacje. 

No więc jak byłabym mówcą, to nie mówiłabym już ludziom o zaginaniu swojego ciała poprzez mocną psychę. Powiedziałabym, że kostka, którą skręcą na 25. kilometrze biegu na 100 km, raczej pozwoli im dobiec do mety, ale będzie się skręcała jeszcze wiele razy, a w efekcie może doprowadzić do dwóch operacji kolana. A one są drogie i trzeba po nich przejść kurewsko nudną rehabilitację. A jak nie są drogie, to trzeba na nie długo czekać. Że przez to, że nie zejdą z trasy, gdy będą wymiotować i mdleć – zostaną bohaterem tylko na króciutką chwilę. Że zbyt częste zmuszanie siebie do robienia rzeczy, które bolą i są dla ciała przykre, mogą doprowadzić do tego, że na sam widok butów biegowych będą reagować mokrą pachą i odruchem wymiotnym. Że ciało też ma sposób na taką głowę-terrorystkę. Ono jest cierpliwe i potrafi długo się uginać, ale jak już powie dość, to ani groźbą, ani prośbą, ani nawet błaganiem na klęczkach go nie przekonasz. Powiedziałabym również o tym, żeby dywersyfikować sobie źródła poczucia sensu i mocy. Żeby nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. Bo gdy to źródło wyschnie, to zaczniesz umierać z pragnienia. Żeby w pogoni za podziwem nie być dupkiem, przy którym wszyscy czują się nieudacznikami. I myślę, że podejścia do pracy tyczą się te same rzeczy, te same pułapki. W pracy nie skręcisz wprawdzie kostki ani kolana ale możesz się “potknąć” o zawał serca, zatonąć w depresji, nabawić się zaburzeń lękowych i chorób psychosomatycznych.

Przymus i wolność

Nie wiem czy ktokolwiek chciałby słuchać takiego mówcy. To mimo wszystko mocno niepopularne w naszej narcystycznej kulturze wielkości, potęgi, działania siłą woli i mocnej psychy. Stawiania na indywidualizm. W kulturze, w której każdy może i powinien być wyjątkowy, mieć wyrafinowane hobby, w której panuje kult zdrowego i sprawnego ciała i dążenia do czegoś więcej. Być może chętni posłuchać czegoś takiego byliby ci, którzy są już trochę przez sport poranieni i na własnej skórze odczuli, jaki haracz przychodzi im płacić. Być może są już na skraju wytrzymałości. Może biegowe buty uwierają ich bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Bo raczej nie będą to ci “na fali”, którym wychodzi. Oni pukną się w czoło i obdarzą mnie uśmieszkiem wyższości albo zrobi im się mnie żal. Kto wie. Na pewno nie będą to ci, którzy dopiero zaczynają i widzą cudną fatamorganę na horyzoncie. Toż to zielona oaza z basenem i palemkami! I jakiś panteon zajebistości! Trzeba tylko przebyć tę kamienistą “pustynię”, by do niego trafić. To ultra dla wielu ma coś wspólnego z chlaniem. W trakcie jest fajnie, potem jesteś strasznie rozbity, boli Cię głowa, ale już nie możesz się doczekać kolejnego razu. W końcu jednak chwile ekstazki są coraz krótsze, aż czujesz, że musisz biegać i startować, żeby było normalnie. I wszystko kręci się wokół tego, dopóki nie wypadniesz z gry. 

A tym, którzy właśnie wypadli i świat im się trochę zawalił, albo tym, którzy bardzo się tego boją powiem, że to tylko wycinek życia. Może się wydawać wielki i wszechogarniający, ale na nim świat się nie kończy. Przewartościowanie sobie wszystkiego może trwać długo, można przeżywać wszystkie stadia żałoby od zaprzeczania, poprzez targowanie się i depresję. Ale można się od tego odkleić. Znaleźć satysfakcję i radość w czymś całkowicie innym. Uwolnić się od przymusu, od poczucia, że nic nie będzie się wartym, jeśli nie zrobi się 20 km na dzień dobry. Znam już kilka takich przypadków. 

Czy można zostać w tym sporcie i mieć do niego zdrowsze podejście? O ile przestanie się wierzyć, że bieg z urwaną nogą jest obowiązkiem dla zachowania honoru – pewnie tak. O ile znajdzie się tę cienką granicę pomiędzy konsekwencją i niepoddawaniem się łatwo, a lotem ćmy ku płonącej świecy. I będzie się umiało na tej granicy pozostać, jak na orbicie, zamiast spaść boleśnie ku Ziemi lub odlecieć w kosmos. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *