Dlaczego oceniamy i co wpływa na nasze przekonania?

Fot. StockSnap

Co ma wspólnego Pawłow i jego psy z kształtowaniem się naszych postaw? I co łączy pana Pogodynkę z posłańcem przynoszącym złe wiadomości? Dziś będzie parę słów o tym jak wyrabiamy sobie opinię na różne tematy, wobec ludzi czy idei.

Ile razy słyszeliście, że nie powinniśmy kogoś lub czegoś oceniać? A ile razy rzeczywiście udało się Wam do tego zastosować? Profesor Bogdan Wojciszke w książce “Psychologia społeczna” pisze: 

Ludzie ustosunkowują się do każdego napotkanego bodźca – w ciągu pierwszej ćwierci sekundy po jego pojawieniu się ustalają, czy jakiś nawet zupełnie nowy obiekt jest dobry bądź zły. Szybciej więc orientujemy się, czy coś jest dobre lub złe, niż co to w ogóle jest.

Bogdan Wojciszke, “Psychologia społeczna”.

Oczywiście mówi się, że jeszcze wiele można z tym zrobić. Na przykład aktywnie nie poprzestać na tej pierwszej myśli, pierwszym wrażeniu. Pomyśleć sobie, że to jest właśnie ten automat, który każdy z nas ma jako opcję standardową. I że skoro sobie już tak pomyśleliśmy, to teraz możemy to odmyśleć. Albo nałożyć na to tego bardziej rozumującego, a mniej “gadziego” człowieka. I owszem, dużo w tym prawdy. Choć wiadomo również, że postawy, choć ich nazwa brzmi dumnie, to niezłe cholernice. I rządzą nimi różne nieświadome, niekoniecznie dające się pięknie objąć umysłem niuanse. I dziś Wam trochę o tych postawach opowiem. Bo skoro już siedzę od rana do nocy w książkach do sesji, to niechże będzie z tego jeszcze jakiś pożytek!

A czymże jest ta cała postawa?

Dobra! To na pierwszy ogień weźmy najpierw to czym właściwie jest ta postawa. Bo kojarzy się raczej z wyprostowaną sylwetką niż ocenianiem i wartościowaniem. A w psychologii zdecydowanie jest tym drugim. To taka właśnie nasza tendencja do pozytywnego lub negatywnego wartościowania wszystkiego, co spotykamy na swojej drodze i czemu poświęcamy choć trochę uwagi. Wartościujemy tak ludzi, przedmioty, zdarzenia i idee. A wartościowanie to może przybierać kubraczek wzbudzanych przez te rzeczy emocji, ocen czy automatycznych reakcji. Ja bym to nazwała takim zderzaniem się ze światem i potrzebą znalezienia szybkiej lub bardziej przemyślanej odpowiedzi, co o różnych jego elementach myślimy. Co wobec nich czujemy i jak chcemy się zachowywać. Czy to fajne czy niefajne?

Dlaczego oceniamy i wartościujemy?

To działa właśnie tak, a nie inaczej, bo pomagało naszym włochatym przodkom i pomaga nam dziś szybko oceniać, czy coś jest dla nas potencjalnie dobre, czy się na tym przejedziemy. Dzięki wykształceniu postaw nie musimy za każdym razem na nowo dumać jak ustosunkować się do spotkanej osoby czy sytuacji. Opowiadałam Wam o mózgu leniuszku albo raczej zarobionym pracowniku, który nigdy nie ma urlopu od rozkmin. Oczywiście mechanizm ten nie jest doskonały ale… szybki.

Są postawy, które wynikają z naszych głębokich przemyśleń, analiz, głęboko zakorzenionych wartości. Te są zwykle silne, jesteśmy co do nich przekonani, są dla nas ważne. Na przykład postawy wobec dzieci, zwierząt, jedzenia mięsa, kościoła, osób LGBT+ czy aborcji. Są też sprawy, które w sumie nas ni ziębią ni grzeją. Nie zaprzątamy sobie nimi głowy i jak ktoś nas zapyta, co o tym myślimy, to musimy się długo ponamyślać. Albo coś zaimprowizować. A nawet wyrobić sobie jakąś postawę naprędce, byle tylko nie wyjść na ignoranta. 

Co ma Pawłow i pan Pogodynka do postaw?

Jeśli od wzmianek o Pawłowie i jego psach dostajecie już wysypki, to przepraszam, ale poswędzi tylko chwilę. Słynne eksperymenty nad warunkowaniem klasycznym pięknie zaprezentowały jak można do naturalnie pojawiającej się reakcji – na przykład ślinienia – na bodziec – jedzonko, dokleić rzecz całkiem ze ślinieniem niezwiązaną. W przypadku Pawłowa i jego głodnych badanych był to dźwięk dzwonka, czy w innych przypadkach zapalane światło. Ponieważ dzwonek obwieszczał, że zaraz będzie papu, psy śliniły się już jak tylko go usłyszały. Mój pies robi dokładnie to samo, gdy tylko mój chłopak zbliża się do kuchennego blatu. Ups. 

No ale co mają z tym wspólnego postawy? Całkiem sporo. Tu też pierwotnie obojętne sprawy nabierają tęczowego lub burego zabarwienia, gdy jakaś idea, produkt czy osoba pojawi się w miłym dla naszych serduszek towarzystwie. Nazywa się to warunkowaniem ewaluatywnym. Kojarzymy to, że zrobiło nam się miło, bo na przykład osoba, która przedstawiała nam argumenty wzbudziła w nas ciepełko. I nawet jeśli nie było to miodem na naszą duszyczkę, to jakoś aura nadawcy czy nadawczyni osłodziła nam przekaz.

Fot. Denise Husted

Doktor z serialu wie co poleca!

O ile kiedyś ludziom zdawało się, że homo sapiens jest racjonalny i podejmuje decyzje na podstawie argumentów i logicznych przesłanek, to potem się naukowcom odwidziało. Różne badania i zderzenie z rzeczywistością pokazały, że działają na nas rzeczy, które obok logiki i racjonalności nawet nie leżały. Właśnie to, że ktoś jest miły, ma ładną buzię, jest wysoki. Albo wygląda jak fachura, ma biały fartuch, grał lekarza w serialu. Albo że tyle razy już słyszeliśmy jakiś przekaz, że on po prostu musi być prawdziwy.  

Z panem Pogodynką, panią Chmurką i posłańcami, którzy nieśli złe wieści jest podobnie. Być może akurat Wam nie przyszło do głowy, żeby winić prezentera pogody za to, że za oknem leje i duje jakby ktoś materac pompował. Ale naukowcy mówią, że wielu się na coś takiego łapie i to nie jest niczym nowym. Na przykład Sofokles stwierdza w Antygonie, że nikt nie kocha posłańca, który przynosi złe wieści. A niektórzy nawet mówią, że w starożytnej Grecji zabijano takich posłańców, którzy te złe wieści przynosili. Jednak nie udało mi się znaleźć wiarygodnego źródła, które by to potwierdzało, poza wieloma powtórzeniami… Hm… 

Powiedziane sto razy brzmi wiarygodniej

To, że bardziej jesteśmy skłonni wierzyć w twierdzenia, które wielokrotnie gdzieś spotkaliśmy nazywa się efektem prawdziwości. Ufamy im bardziej niż tym, które widzimy po raz pierwszy, niezależnie od ich faktycznej prawdziwości. Tłumaczy się to tym, że bodźce już napotkane przetwarzane są z większą łatwością niż nowe. A nasze mózgi to uwielbiają. W dodatku ta łatwość nagradzana jest dopaminą i jeszcze nakręca się przekonanie, że to musi być dobry kierunek.

Fot. Karolina Grabowska

Efekt prawdziwości jest silniejszy, gdy twierdzenia te są przez nas przetwarzane raczej pobieżnie. To nie za dobrze, biorąc pod uwagę, że raczej właśnie tak przetwarzamy wiele rzeczy, gdy próbujemy być multitaskerami. I różne rzeczy wtedy łatwiej mogą nam się przykleić do głowy. Tworzy się podatny grunt. 

Jest też efekt czystej ekspozycji. Bardziej lubimy znane melodyjki. Możemy polubić ludzi tylko dlatego, że częściej ich widzimy (choć ma to swoje ograniczenia, oj ma). Mamy serdeczniejsze uczucia wobec marek, które wystarczająco wiele razy pchały nam się przed oczy. I co ciekawe, według badań same logotypy działają nawet lepiej na naszą uległość i chęć kupienia niż slogany. Bo te z kolei budzą nasz opór. Spodziewamy się zatem, że jesteśmy cwanymi liskami, które sobie myślą – a tam, ta reklama na mnie nie działa ani troszkę. Te głupie slogany co najwyżej grają mi na nerwach! Ale logotypik zrobił swoje. 

Oczywiście czasem coś, co się tak pcha, działa na nas raczej jak płachta na byka. Albo jak komary! Częsta ekspozycja na komary zdecydowanie wkurza bardziej. W tym lepszym, mniej wkurzającym razie, jeśli ktoś będzie nas bez przerwy chłostał jakimś przekazem albo widokiem to zwyczajnie się znieczulimy.

Głupio czy nie głupio, oto jest pytanie!

Opowiadałam Wam też o tym jak na różne sposoby stajemy na rzęsach, żeby uzasadnić sobie, że mieliśmy rację w jakiejś kwestii. Argumenty zgodne z naszą postawą przetwarzamy krócej i bardziej automatycznie, a sprzeczne poddajemy dłuższej analizie i… krytyce. Ba, nawet celowo wydobywamy z pamięci informacje, które pomogą nam zachować tę początkową postawę. Bronimy się ręcyma i nogima.

Silne postawy wiążą się mocno z naszym ja i wartościami. Budujemy na nich swoją tożsamość, określamy przez nie samych siebie. I jeśli zapieramy się jak kot przed wsadzeniem do umywalki i gotowi jesteśmy wojować w imię jakiejś idei, do której przykleiliśmy swoje ciepłe emocje, a ona okazałaby się niesłuszna, krzywdząca czy po prostu niemądra… To by bardzo bolało nasze ego.

Mówiłam o dysonansie poznawczym czyli wsadzaniu żaby do ust i problemach z tym związanych. Bardzo zależy nam, żeby obronić swoje ego i wizję siebie jako racjonalnego, postępującego mądrze, moralnie (albo przeciwnie – bycia niezłym cwaniaczkiem) człowieka. Tak bardzo, że jeśli zrobimy coś głupiego, niegodnego tej wizji albo ogólnie uznanego za fe, to podejmujemy prawdziwe akrobacje umysłowe, żeby to sobie uzasadnić. Że jednak nie zrobiliśmy tak głupio. To miało sens. Te akrobacje sprawiają, że czasem zmieniamy postawę, żeby nam bardziej pasowała do tego, jak się zachowaliśmy. Podejmujemy wiele usilnych prób, żeby nie musieć zmieniać dobrego zdania o sobie. Mamy całą skrzynkę narzędziową, a może nawet cały warsztat, który temu służy.

Kopanie dołków pod postawami

Jest wiele zmyślnych sposobów na to, żeby przekonać kogoś do zmiany postawy, stosunku do czegoś lub kogoś. I niekoniecznie polegają one na uczciwej rozmowie i klarownej argumentacji. Wprowadzanie człowieka w stan dysonansu jest jedną z nich. Na przykład okazuje się, że jeśli brzydko się wobec kogoś zachowamy, to czujemy silną potrzebę, żeby to sobie jakoś usprawiedliwić bez deptania po naszym ego. Możemy uderzyć się w pierś i powiedzieć:

O ja niedobry! Brzydko się zachowałem!

Albo uznać, że ten, co go tak potraktowaliśmy, to w sumie sobie na to zasłużył

Gdy ludzie mają wcielić się w rolę oponenta do wyznawanych przez siebie idei i samemu znaleźć argumenty na obronienie jego tez, a w dodatku nikt im za to nie płaci ani nie przymusza, to stają się przychylniejsi tym tezom. Może nie od razu żeby je przyjmować za swoje i malowali na sztandarach. Ale już nie kłują ich tak w oczy i nie gryzą w zadek. Choć bywa i tak, że ktoś zmienia front po całości, oddaje majątek i zaczyna żyć w jakiejś sekcie jako koza. Czy jakoś tak. Trochę zbyt wiele rzeczy się tu kryje, żeby teraz o tym wszystkim opowiadać. Opowiem innym razem.

Mówimy jedno, robimy drugie

Na koniec rzeknę Wam jeszcze tylko parę słówek o tym, że nie aż tak znowu często, jak by się mogło zdawać, postępujemy zgodnie z naszymi postawami. Zależy to rzecz jasna od wielu rzeczy, ale tym, co mąci nam w głowie jest najczęściej sama sytuacja. W części przypadków mamy tę przyjemną okazję by mieć swoje poglądy na widoku i możemy pozostawać z nimi w zgodzie. Ale bywa i tak, że czasowo znikają nam one z oczu. Bo na przykład nasila się identyfikacja z grupą, na której nam zależy. Trzeba się wykazać przed kolegami, zrobić coś śmiesznego (i głupiego po pijaku). Iść na jakiś manifest i dać się ponieść zbiorowemu serduszku, które niewiele ma wspólnego z rozumem. A gdy opada bitewny kurz – czujemy się łyso.

Mogą to być również mniej jaskrawe sytuacje. Czujemy się rozdarci między byciem w zgodzie ze swoimi ideałami i wyobrażeniami, a poczuciem, że powinności i pragnienie bycia lubianym wymagają od nas czegoś innego. Przykład? Chociażby krycie nieładnych zachowań kogoś, kogo lubisz. Albo co gorsza – oszukiwanie, żeby jego liche postępki nie wyszły na jaw. No ale ziomek jest to! No to co robić. Twoja postawa krzyczy – kłamstwo! A fe, a fe! A Ty z kwaśną miną jak po śliwkach w occie, mówisz coś, co kryje jego tyłek. Pewnie jest wiele mądrzejszych przykładów, ale musicie mi wybaczyć, bo już i tak wspięłam się na wyżyny co najmniej tybetańskie, żeby coś jednak z siebie wykrzesać. 

A o tym, co według psychologów czyni perswazję, czyli sztukę przekonywania kogoś, skuteczną opowiem innym razem.

Pa!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *