Toksyczne związki i gierki, w których bierzemy udział

Dziś będzie o księciu z krokodylim ogonem i księżniczce z wampirzymi zębami, o toksycznym tangu, zbieżności patologii, awanturach o rzucone skarpetki, cierpieniach młodych Werterów i bólach brzuszków, które to wszystko ze sobą niesie.

Fot. Ed Zilch

“Bo do tanga trzeba dwojga zgodnych ciał i chętnych serc” – znacie to? Jak nie to znaczy, że jesteście młodzi i macie lekcję do odrobienia na YouTubie. Ale nie jest to lekcja obowiązkowa. To taka piosenka, która właściwie wcale o tangu nie jest. Opowiada o wypalającym się związku, w którym dwoje ludzi, którzy kiedyś się kochali, a potem to, “co było kiedyś w sercu jak świecący diament, cały straci blask”. No dobra, ale to nie będzie tekst o rozwodach, wypaleniu w związku i utracie chęci do wspólnego tańcowania. Nie będzie też o tangu. Będzie o innym tańcu, do którego trzeba dwojga. O związkowych grach, do których znajdujemy sobie znakomitą kompanię. I trafilibyśmy na nią bez pudła nawet na koncercie rockowym na najtłoczniejszym Przystanku Woodstock. Podobnie jak i partner do tego tańca, wyniuchałby nas. 

Opowiadałam o tym kiedyś w podcaście “Książę z krokodylim ogonem i księżniczka z wampirzymi zębami – o toksycznych związkach”, ale w międzyczasie poczytałam jeszcze trochę i postanowiłam wrócić do tematu. Bo praktycznie dla wszystkich nas jest on palący, a gdy słyszymy rytm tej melodii, to nóżki same rwą się do tańca. A zatem – będzie o dziwnych związkach, które współtworzymy. Jakiś czas temu na jednym z forów studentów psychologii ktoś zagadnął po czym się ludzie dobierają, pytając innych o pomysły. No wiadomo – po hobby, światopoglądzie, sympatiach politycznych, zainteresowaniach i inne takie. Ja odpowiedziałam: po patologiach. Było wesoło. Komentarz zebrał dużo śmieszków i lajczków. No i przyznam, troszkę to śmieszne, a troszkę nie. Przede wszystkim odrobinę przerysowane, bo w gruncie rzeczy nie o patologie tu chodzi ale o różnego rodzaju deficyty i poczucie, że ten oto drugi człowiek będzie dla nas znakomitym uzupełnieniem

Fot. Pexels

Zły Wilk i Kryształowy Kapturek

W podcaście mówiłam o tym, że nierzadko, gdy związek jest jakiś “trefny” to mamy wizję tego złego, który wyrządza różne krzywdy, rzuca skarpetki, nie szanuje drugiej strony i wodzi ją za nos, no i przede wszystkim nie potrafi docenić jaki ma skarb, bo ten drugi jawi się jako dobry, wielkoduszny, poświęcający się, cudowny i kochający bezinteresownie. Jest zatem ten toksyczny i ten kryształowy

Oczywiście nie w każdym związku, więc proszę mnie tu nie łapać i nie ciągać za warkoczyki słów! 

Przez większość podcastu mówiłam o tym, że my te związki tworzymy. Ten “dobry” lezie w paszczę tego “złego” jak do piwniczki, w której mieszka licho. Nie będę się o tym nadmiernie rozgadywać – możecie posłuchać w podcaście, do którego link zostawię Wam na końcu. Choć jesteśmy szalenie skomplikowani, na różne sposoby doświadczeni, nierzadko poranieni, to wiele mechanizmów działa w związkach podobnie. Tak jak i jest wiele tańców, jednak w gruncie rzeczy te, które tańczy się w parze polegają na wspólnym stawianiu kroków, prowadzeniu i podążaniu, piruetach, fikołkach i innych wygibaskach. Ten wspólny udział w tworzeniu dziwnych relacji i tego osobliwego tanga opisał w 1975 roku Jürg Willi w książce “Związek dwojga” i była to wielka nowość, bo wcześniej w konfliktach zwykle wyróżniano właśnie stronę winną od niewinnej. Gdy mówię o dziwności mam na myśli to, że pary funkcjonują tak, że jak się patrzy z zewnątrz to nie skumasz o co oni właściwie się kłócą. Skąd te awantury o rzucone skarpetki, albo dlaczego on jej nie może przynieść raz na jakiś czas kwiatów i powiedzieć: “Jesteś wyjątkowa”? Dlaczego sobie tak dokuczają albo czemu on zawsze szuka sobie “córeczek”, a ona “tatusiów”? Albo czemu ona mu suszy głowę o każde wyjście na kosza z chłopakami? 

Jeśli zechcecie przeczytać książkę Jürga Willego żeby sami zagłębić się w te zawiłości to od razu Was zaalarmuję, że jeśli macie problem z językiem psychoanalizy, teoriami w stylu: chłopiec bał się w dzieciństwie, że z powodu miłości do mamy tata go wykastruje, a dziewczynka przeżywała straszliwą rozpacz, że nie ma siusiaka – to będziecie musieli się trochę natrudzić żeby te rodzyneczki z tego ciasta wydłubać. Jednak mimo, że ja przy takich rzeczach dostaję kolki wątrobowej, to jednak przeczytałam tę książkę z zainteresowaniem, bo ogólne schematy funkcjonowania związków wydały mi się ujęte bardzo trafnie. Niekoniecznie mam jednak przekonanie co do opisywanej genezy owych problemów. 

Fot. StockSnap

Dlaczego leziemy tam, gdzie mieszka licho?

Cała koncepcja zasadza się na naszych bardzo głębokich i naturalnych potrzebach oraz kiepskich doświadczeniach z realizacją tychże. Każdy z nas pragnie troski, poczucia bezpieczeństwa, bezgranicznego zaufania do ukochanej osoby. Tęsknimy za harmonią, wzajemnym oddaniem i związek z drugim człowiekiem ma być tym miejscem, w którym to dostaniemy. A z drugiej strony, odczuwamy lęk przed zatraceniem siebie, swojej autonomii. Jeśli komuś za czasów, gdy był dzidzią zabrakło zaspokojenia tych potrzeb, to potem w związku próbuje to sobie rekompensować albo tę stratę nadrabiać. 

Dwójka ludzi z tymi brakami, jeśli są one kompatybilne, wchodzi w nieświadomą wspólną grę, która działa wcale dobrze, dopóki każdy gra w niej swoją rolę. Krucha, delikatna istota, która potrzebuje wsparcia silnego, dorosłego partnera, który weźmie odpowiedzialność za jej los, usłyszy trąby anielskie, gdy zobaczy jegomościa, który ma wbudowaną opcję bycia tym, który nigdy się nie załamie i chętnie poniesie jej plecak pełen gruzu. Potrzebują siebie jak śledź słonej wody. I tańczą swoje tango, wirują na parkiecie aż w końcu albo rozbolą ich łydki albo zemdli ich od tych kręciołków. Bo w końcu jednak partner, który sprawuje opiekę dostaje zadyszki, przez co ten drugi robi się nieszczęśliwy, że nie dostaje już tyle uwagi, a znowu ten pierwszy zaczyna się wkurzać, że ten drugi taki roszczeniowy i że już kurde nie ma siły. No, z tym przykładem pojechałam po stereotypie. Bo i tak często w przeszłości wyglądały związki. Kobiety miały przyzwolenie a nawet zachętę by wchodzić w pozycję zależnej, kruchej istoty, nawet trochę dziecinnej kobietki, a mężczyźni byli zachęcani, a nawet przymuszani do odpowiedzialności, dorosłości, kontrolowania “miękkich”uczuć. Ale to nie jedyny rodzaj układu (Jürg nazywa go “koluzją pomocnika” i przypisuje jednemu partnerowi rolę pomocnika, drugiemu bezradnego. Matki i przybranego dziecka). Inne, występujące dawniej (a nierzadko obecne i dziś) rodzaje koluzji, czyli nieuświadomionych gier opierały się na tańcu partnera narcystycznego, będącego na piedestale, z partnerem, który grzeje się w jego blasku i identyfikuje się z jego pięknym ja. Tańcować mógł też np. partner imponujący z podziwiającym, przywódca z poddanym

Fot. Pexels

Gierki naszych czasów

Jednak w wydaniu z 2002 roku Jürg trzeźwo zauważa, że niektóre rodzaje opisywanych przez niego dawnej koluzji straciły na znaczeniu, bo zmieniły się czasy. I tak jak kiedyś tańcował zwykle uległy z przewodzącym, to dziś takie postawy kłócą się zarówno z ideałem samodzielności i odpowiedzialności, jak i z dążeniem do równouprawnienia. Dzisiejsze koluzje (no, przynajmniej te sprzed 20 lat) przejawiają się według niego w dążeniu do samorealizacji i zachowania autonomii. Jednym z tych konfliktowych tematów jest nie rzadko widywany taniec tego, który zalewa miłością i chce się wiązać z tym, który przyciskany za mocno wieje gdzie pieprz rośnie. Jedno tęskni otwarcie do głębokiej miłości, drugie mu to uniemożliwia, bo boi się, że ta miłość go pochłonie. Na świadomym poziomie chce więcej swobody i wolności. Ale żeby nie było za prosto (z psychoanalizą nigdy nie jest!) – każde z nich potajemnie, nieświadomie pragnie czegoś przeciwnego. A zatem dajmy na to – facet, który jest takim lekkoduchem, wewnętrznie pragnie bliskości, a facetka, która zarzuca mu, że to przez niego nie są bliżej, w głębi duszy też boi się, że gdy podejdzie za blisko to poparzy sobie łapki. To z powodu ambiwalentnych dążeń i nieuświadomionych lęków dwoje ludzi przyjmuje tak spolaryzowane postawy.

Fot. Stokpic

Innym z przejawów tego XXI-wiecznego tango opisywanym przez Jürga Willego jest koluzja miłości absolutnej, biorąca się według niego z rozczarowania miłością i urzeczowieniem jej, a także zredukowaniem jej do bardziej racjonalnych rozmiarów. Tłumaczy, że z jednej strony “kobiety nie chcą przeżywać głębszych uczuć, gdyż boją się, że będą musiały znowu zrezygnować ze zdobyczy emancypacji (…). Wyidealizowany obraz wielkiej miłości, z całym jej oddaniem, nie odpowiada ideałom autonomii, do której dążą nowoczesne kobiety”. Jednak, jak już nieraz mówiłam, a Jürg pewnie w zamyśleniu by mi przytaknął, psychika ludzka potrafi być bardziej skomplikowana niż kłębek wełny, którym przez sto lat bawiły się kolejne pokolenia kotów

Ta “chłopska”, prosta miłość nie spełnia oczekiwań romantycznych głów wychowanych na cierpieniach młodych Werterów, Romeów i Juliów i innych tragicznych kochanków. Brak romantycznych ideałów i silnych uczuć okazał się dla wielu być do kitu. Stąd tęsknota za wyidealizowanym poczuciem zjednoczenia, zanurzenia w miłości, zatracenia się, pozbycia granic między ty i ja. Nie wiem jak Wy, ale ja słyszałam takie rzeczy niezliczone ilości razy. W filmach, literaturze i wyobrażeniach rzadko marzy się o dobrym partnerze, przy którym nie przeżywa się dramatów i huśtawek nastrojów. Którego jest się absolutnie pewnym. Bardzo często kobiety mówią, że chciałyby WRESZCIE kogoś takiego spotkać. A potem, gdy spotykają, to jakoś nie iskrzy. Na szczęście nie zawsze, ale ten tekst nie traktuje o związkach pozostających w znakomitej równowadze i szczęściu, które żyły długo i szczęśliwie, ciesząc się czułym i intymnym seksem. Tylko raczej o tych rollercoasterowych i zachowujących względną równowagę, dopóki nie pieprznie. 

Fot. Pexels

A zatem – nakarmieni tymi Edwardami i Bellami, Pięknymi i Bestiami, Pocahontasami i Tymi-co-zarywali-Pocahontasy, Małymi Syrenkami i Erykami, rozumiemy każdą komórką ciała, że miłość to również cierpienie, rozczarowanie, boleść. Jürg mówi: “Trwałe zaspokojenie tęsknoty za miłością absolutną jest nie do zrealizowania”. No dobrze, znamy już tragiczną bohaterkę tej historii, nazwijmy ją tradycyjnie już Dżesiką. Ona pragnie przeżywać miłość bezwarunkową i poświęcać się dla związku. W gruncie rzeczy rzekłabym, że ona bardziej pragnie zakochać SIĘ niż w kimś. Ten drugi jest potrzebny by uruchamiać te wzloty i upadki. A zatem czas by na scenę wkroczył Alan. I jest to ten typ, który dopuszcza miłość ledwie w ograniczonym zakresie, o ile w ogóle. Nieszczęśliwy, pokrzywdzony, zamknięty w swojej skorupie, który stracił już wiarę w to uczucie. Zimny drań. No ale zapytacie: “po jaką cholerę Dżesika marnuje na tego typa czas?”. Ano – ona wyczuwa, że za tym murem lodu, pod tą skamieniałą skorupą siedzi wrażliwy człowiek. Ona już to wyniuchała i to właśnie ONA MU POKAŻE JAK TO JEST KOCHAĆ! Przebije się przez tę skorupę, choćby musiała dokonać zakupu czołgu lub tarana albo być tą kroplą, która drąży skałę. I trzeba Dżesice przyznać, że nos to ma ona nie od parady. Bo za tą skorupą rzeczywiście siedzi stęskniony za bliskością człowiek. Jednak im bardziej ona będzie zalewała go miłością, tym bardziej on będzie dawał drapaka. I gdy ona zacznie pakować walizki, to on uchyla maleńki lufcik w swojej fortecy i pozwala jej sztachnąć się zapachem tego nieszczęśliwego człowieka w środku. I tak sobie tańczą raz w jedną raz w drugą stronę. Dramatem Dżesiczki jest to, że nie potrafi ona nawiązać relacji, która nie zawierałaby w sobie tej jazdy bez trzymanki. Bo jak nie ma fajerwerków i werteryzmów, to miłość jest nudna i banalna. Woli znosić odrzucenie i poniżanie ze strony Alana niż zgodzić się na zwyczajność. 

Fot. The Digital Way

Bóle brzuszka i swędzenie skóry

Konflikt, który leży u podłoża tych gierek bierze się z tego, że obie strony nie są świadome części swoich potrzeb i mają wysokie, a nierzadko również sprzeczne oczekiwania względem partnera. Wchodzą w związek z jakimiś wyobrażeniami, ideałami, zwabieni nieuchwytną obietnicą, a potem się gubią w zderzeniu z rzeczywistością. W dodatku nie widzą swojej roli w tym układzie i grają w ping ponga na argumenty, których to drugie nie chce słuchać. Żadna ze stron nie widzi swojego krokodylego ogona ani swoich wampirzych zębasków. Ale na tym parkiecie tańcuje dwoje partnerów. Obydwoje zarówno trochę chcą, jak i trochę się boją. Pod pewnymi względami są kompatybilni albo przynajmniej długo mogą starać się takimi być. Jednak takie bajki rzadko kończą się stwierdzeniem, że żyli długo i szczęśliwie. Przez całe lata obie strony budują coraz wyższe mury, zbroją się, coraz bardziej zamykają na spełnianie swoich oczekiwań, które nierzadko są sprzeczne z głębokimi pragnieniami. A potem już są na siebie jawnie wkurwieni albo jedno dostaje wścieklizny, a drugie macha ręką jakby przeganiało natrętną muchę. W tym gęstym sosiku lęgną się w końcu choroby psychosomatyczne, bo choć głowa stosuje przeróżne mechanizmy obronne i coraz lepiej specjalizuje się w zamiataniu problemów pod dywan, to ciało nie chce się już bawić w tę grę, albo nie wie jak. Kiszone wewnątrz konflikty wyłażą czasem pod postacią wrzodów żołądka i dwunastnicy, astmy oskrzelowej, wysypek, zapaleń skórnych, wrzodziejącego zapalenia jelita grubego, migren zaburzeń seksualnych, zaburzeń odżywiania i innych paskudztw, które “nie wiadomo skąd się biorą”. Czasem para trafia do terapeuty, żeby przetłumaczył ten niezrozumiały język, którym posługuje się druga strona, czasem to szczególne tango kończy się z przytupem w sali sądowej. A w jeszcze innych sytuacjach po relacji nie został już nawet ledwie tlący się płomyk i jedynym co łączy tych dwoje ludzi jest to, że myją zęby w tej samej łazience.

No. Pora kończyć dzisiejszą bajkę. Wypływa z niej kilka lekcji:

  • Z każdym tym księciem z krokodylim ogonem i księżniczką z wampirzymi zębami tańcuje ktoś, kto próbuje im dotrzymać kroku i godzi się pozostawać z nim na parkiecie.
  • Nie ma szczególnego sensu szukać winnych, bo obie strony związku przynoszą swoje cegiełki na tę budowlę.
  • Jeśli pozostajemy w takiej toksycznej relacji nie wskazując drugiej stronie współrzędnych zimowania raków, to robimy to z powodu różnych naszych deficytów i niezaspokojonych pragnień, których rzadko jesteśmy świadomi. 
  • Ból brzuszka i swędzenie skóry, które towarzyszą nam długo i nie biorą się z nieświeżej sałatki i kocich kłaków, mogą pokazywać coś, na co oczka i uszki wolą pozostawać ślepe i głuche. 

Znacie takie historyjki? 

Dzisiejszą bajkę opowiedziałam dzięki lekturze książki “Związek dwojga. Psychoanaliza pary” Jürga Willego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *