„Jak mniej myśleć” czyli psychologiczne bullshity [RECENZJA KSIĄŻKI]

Gdy zbliżam się choć na parę metrów do książki „Jak mniej myśleć” Christel Petitcollin, zęby mi cierpną, włosy stroszą i mam ochotę prychać. Gdybym miała kiedykolwiek spalić jakąś książkę, to byłaby właśnie ta.

Dlaczego tak silnie na nią reaguję? Bo jest naszpikowana bullshitami psychologicznymi jak paczkowane ciasto konserwantami, albo jak suszona żurawina olejem i cukrem. Najgorsze jednak jest to, że autorka podpiera swój autorytet 17-letnim doświadczeniem i używa bardzo poważnie brzmiących określeń, które choć nijak nie potwierdzają jej tez, to mogą dać się nabrać wielu czytelnikom. Chciałabym przeczytać ją do końca, ale po 154 stronach dałam za wygraną. Dostaję od tego wysypki. Spróbuję jednak choć trochę pokazać Wam o co mi chodzi, tym bardziej, że książka ta cieszy się dużą popularnością.

Elisa Riva/Pixabay.com
Elisa Riva/Pixabay.com

Autorka opiera swoją książkę na tym, że według niej istnieją jacyś ludzie „nadwydajni mentalnie”. Odkryła ich podczas swojej 17-letniej praktyki jako terapeutka. To ci, którzy za dużo myślą, są zakręceni i zadają sobie za dużo pytań, w których głowie nieustannie coś się kłębi. Mają wrażenie, że są z innej planety, nie mogą znaleźć sobie miejsca i czują się niezrozumiani. Kto z nas nie czuł się w ten sposób? Większość z nas pewnie pomyśli od razu – To o mnie! W dodatku autorka jeszcze trochę nam posłodzi, bo dowiemy się, że „wrażliwość, emocjonalność i uczuciowość są oczywiście proporcjonalne do inteligencji”. No i że mamy nieprzeciętną aktywność mentalną.

Wiecie czym jest efekt horoskopowy?

Łatwo się domyślić. W połowie XX wieku psycholog Bertram R. Forer  przeprowadził ciekawe badanie na studentach. Dał im do wypełnienia test osobowości, po czym przedstawił im wyniki i badani mieli określić w skali od 0 do 5 na ile trafna jest analiza na ich podstawie. Średnia ocen wyniosła 4,26, czyli według nich analiza była bardzo trafna. I teraz ten szczegół, który każdy z Was już odgadł – wszyscy studenci dostali dokładnie ten sam opis ich osobowości. Na tym właśnie opierają się horoskopy i różne czary mary jak wróżenie, numerologia czy astrologia. Każdy wyciągnie z opisu coś dla siebie, co mu podpasuje. A jeszcze jeśli się do tego dołoży przekonanie człowieka, że owa analiza została przygotowana specjalnie dla niego np. na bazie jego daty urodzenia – mamy petardę.

Chcecie wiedzieć jak wyglądał tekst, który dostali ci studenci? Oto on:

„Masz potrzebę, by ludzie cię lubili i podziwiali, jednak jesteś osobą krytyczną wobec siebie. Masz pewne wady osobowości, ale potrafisz je kompensować tym, co jest w tobie dobre. Masz duże możliwości, które wciąż pozostają niewykorzystane. O ile na zewnątrz możesz wyglądać na osobę zdyscyplinowaną i opanowaną, wewnątrz często trapi cię niepewność i martwisz się o wiele spraw. Niekiedy masz poważne wątpliwości, czy twoja decyzja była dobra albo czy twoje czyny były właściwe. Lubisz pewną ilość zmian i różnorodności, a kiedy osaczają cię ograniczenia, odczuwasz niezadowolenie. Cenisz sobie własną niezależność myślenia i nie przyjmujesz cudzych twierdzeń bez przekonujących dowodów. Życie nauczyło cię, aby nie przesadzać ze szczerością, kiedy się przed kimś otwierasz. Czasem bywasz osobą otwartą na ludzi, przystępną i towarzyską, ale innym razem zamkniętą, ostrożną i zdystansowaną. Niektóre z twoich marzeń wydają się być nierealistyczne”.

Wracając do książki – autorka mówi: „Jeśli za dużo myślisz, prawdopodobnie rozpoznasz siebie w profilu osoby nadwydajnej mentalnie. Twój mózg, właśnie ten, który myśli zbyt wiele, to prawdziwy skarb. Jego subtelność, złożoność, szybkość, z jaką działa, zdumiewają, a pod względem mocy można do porównać z silnikiem Formuły 1!”. Szczerze mówiąc, po przeczytaniu 154 stron książki mam wrażenie, że trudno żeby ktoś się nie rozpoznał w tym profilu! Inteligencja, poczucie bycia niezrozumianym, bycia innym. Jeśli nie zagra ci akurat ta ogromna szczegółowość albo hiperempatia, to i tak uznasz siebie za myślącego za dużo, a już na pewno za nadwydajnego mentalnie.

Ale, jednocześnie mam wrażenie, że nie znam kompletnie nikogo kto spełniałby wszystkie te warunki, albo przynajmniej większość. Bo autorka po takim „horoskopowym” wstępie opowiada nam o hiperestezji (przeczulicy), ejdetyzmie, synestezji, nadwrażliwości, naduczuciowości, hiperempatii, hiperprzenikliwości i innych hiperach, które trudno upakować w jednej osobie, a niektóre z nich dotyczą bardzo wąskiego zakresu społeczeństwa. Ale te mądrze brzmiące słowa zapewniają książce naukowy żargon i sprawiają, że tezy autorki brzmią poważniej.

Kim więc jest ten „nadwydajny”?

Jego cechy to: jak niezdolność do skupienia uwagi, bardzo wysoka inteligencja, ogromna wrażliwość sensoryczna, szalona wprost przenikliwość, spostrzegawczość. Nieprzeciętna zdolność. Wierność, lojalność, przywiązanie, zdolność do poświęceń, niewiarygodna wytrzymałość, nieprzystosowanie, doskonały żart ale niezrozumiały dla większości. I nie znanie się na żartach, które większość bawią. To też osoby, które szybko mają ochotę uciekać z imprez, bo za dużo się na nich dzieje, ale „są utalentowanymi parodystami. Ich otoczenie śmieje się do rozpuku i prosi o więcej”. Ups? Nadwydajny bywa wyniosły, wstydliwy i dumny, zuchwały i prowokacyjny. Dąży do perfekcji. Nic nie rozumie z zasad społecznych, ale jest gorącymi wyznawcą swoich kodeksów moralnych. Nie jest asertywny, pozwala sobie wejść na głowę, nadłoży godzinę drogi by coś dla kogoś załatwić, bo nie wypada powiedzieć nie. Ale popada w konflikty w pracy, bo ma wymagania wyższe niż szef. Tacy jak on są życzliwi, empatyczni, cierpliwi i pobłażliwi albo mogą być nieprzejednanymi moralizatorami, zżymającymi się na wszelkie naruszenia ich kodeksu moralnego, nieustannie ciskającymi gromami w gburów cwaniaków i kanciarzy. „Nadwydajność psychiczna przeważnie łączy się z nieskazitelną uczciwością i bezwzględnym przestrzeganiem zasad. Chyba, że nadwydajny uzna, że jakieś rozporządzenie jest idiotyczne albo jakiś przepis nie trzyma się kupy”. No, proste. Są z natury dobrotliwi, kochający, ufni, radośni, odważni, intensywnie żyjący. Wątpiący w siebie, nieasertywni, skłonni do kwestionowania samych siebie. W oczach nadwydajnego mentalnie wszyscy mają dobry charakter.

Ale, ale!

Wtedy, kiedy to autorce pasuje. Bo książce roi się od odwracania cech, tak, by podeprzeć akurat wzmiankowaną tezę. Pani Petitcollin raz opisuje nadwydajnych jakby byli indywidualistami, raz kolektywistami. Gdy trzeba ich podciągnąć pod jedną teorię – wyciąga co będzie pasowało i gotowe. W jednym miejscu pokazuje jak bardzo ci „nadwydajni” czują się alienami i jak bardzo widzą się różni od innych, jak ci „normalni” są zbyt, wolni, apatyczni, uparci, ograniczeni, a za chwilę na przykład szukają już „wszystkiego, co mogłoby ich do siebie zbliżyć”. I wtedy to już w przeciwieństwie do tych „normalnych”, którzy rzekomo szukają różnic. Potrafią działać tylko w grupie, a chwilę wcześniej męczyli się w grupie. W jednym miejscu „nadwydajny” wkurza się i nie chce narzucać innym swoją moralność i punkt widzenia, bo jest jedyny słuszny i nie jest w stanie zrozumieć jak mogą uważać inaczej, by zaraz wykazywać wysoki poziom tolerancji, akceptując różnice.

Wór sprzeczności i szuflada z napisem „inne”

Mnóstwo sprzecznych rzeczy wrzuconych jest do jednego wora. Co ma wspólnego wysoka wydajność mentalna, superinteligencja, z wysoką wrażliwością sensoryczną albo perseweratywnością (czyli rozpamiętywaniem)? Mogą współwystępować w jednej osobie, ale nie muszą. Czy „myśleć za dużo” nie może osoba o niskiej wrażliwości sensorycznej? Albo co mają problemy z koncentracją z superinteligencją? Czy mężczyzna, który myśli i robi za każdym razem jedną rzecz, a nie 15, nie może mieć IQ 140? I na przykład wysokiej wrażliwości sensorycznej? Znam takich. Kompletnie nie są roztargnieni. Nie widzą 150 szczegółów podczas 1-sekundowego spotkania, jak rzekomo mają „nadwydajni”. Są introwertykami, nie wściekają się, nie mają nadmiernej empatii, wiele rzeczy upraszczają. I też mówią, że myślą za dużo. Czy nieumiejętność określenia priorytetów i jakichś ram jest „nadwydajnością mentalną”?

Autorka stworzyła nie trzymającą się kupy teorię, która jest worem pomieszanych pojęć i chaosów przyczynowo-skutkowych. Szuka prawidłowości tam, gdzie ich nie ma i próbuje zaklasyfikować do jednej szufladki wiele różnych typów.  Podaje przykłady związane z podejmowanie decyzji. No i dowiadujemy się, że nadwydajni albo podejmują je natychmiast, albo nie potrafią wcale. Zaraz potem dowiemy się, że jak podejmują decyzje, to będą one praktycznie doskonałe, bo uwzględnią tyle przemyślanych szczegółów. W jednym miejscu podaje przykład zamyślonego, rozkojarzonego nadwydajnego, którego o mało co nie potrącił samochód, zaraz potem mówi o tym, że są niezwykle ostrożni i bardzo zastanawiają się nad wszystkimi konsekwencjami swoich czynów. Raz są tak bardzo tu i teraz, że wyczuwają wszystkie wonie, dostrzegają każdy szczegół, innym razem tak bardzo zanurzeni w przyszłości i teraźniejszości, że nie widzą świata naokoło. Ich pamięć działa wybiórczo, w pewnych momentach jest doskonała, innym razem dziurawa. W jednym momencie chcą wiedzieć wszystko o świecie i pożerać całą szczegółową wiedzę, ale zaraz dowiadujemy się, że jednak nie chcą tych nieistotnych informacji. Jak jednak włożyć do jednego worka kogoś, kto ma problemy z koncentracją, musi przestudiować pilnie wszystkie szczegóły, podejmuje doskonałe, przemyślane decyzje, szalenie ostrożne ale uwielbiające wyzwania? Da się, dlatego, że choć mamy pewne tendencje, to w wybiórczych sytuacjach albo w konkretnych dziedzinach zachowujemy się inaczej. I właśnie te wyjątkowe sytuacje sobie przypomnimy, gdy autorka nam je zaserwuje. Inne rzeczy, te które totalnie nie pasują, po prostu zignorujemy. Zresztą autorka dorzuca jeszcze poczucie względności mówiąc na przykład o IQ – nie ważne czy masz je wysokie czy niskie – i tak jesteś bajecznie inteligentny.

Ponad normę

Samo już stwierdzanie, że ktoś jest ponad normę oznaczałoby, że należy do wąskiego grona ludzi z prawej części rozkładu normalnego, czyli krzywej dzwonowej. Najwięcej jest tych normalnych ludzi, po środku. Po lewej jest mniej niż 14% tych, którzy są poniżej normy, a po lewej mniej niż 14 % tych nadprzeciętnych (albo jeszcze mniej, np. 2%, zależy czy chcemy wziąć pod uwagę jedno czy dwa odchylenia standardowe, ale nie wnikajmy w to za bardzo). Czyli tych nadprzeciętnych powinno być raczej mało. A skoro tak, to dlaczego tak wielu ludzi się poczuwa do tej nadprzeciętności? Dlaczego każdy znajdzie spory zestaw cech, o których mówi autorka? W moim odczuciu właśnie dlatego, że wrzuca zbyt wiele rzeczy do jednego gara tej „nadprzeciętności”. Mogę być nadprzeciętna w kilku kwestiach, o których mówi, ale w innych totalnie zwyczajna. A zatem właściwie w którym momencie powinnam się poczuć tą nadwydajną? Gdy ile z tych cech spełnię? Muszę mieć je wszystkie? Czy jeśli podpasuje mi 10 to już jestem tym szczególnym typem? W pewnym momencie książki rzeczywiście znajduję pewne typy nadwydajności. Jednak bardzo się różniące. Bardzo wielu ludzi, których znam mogłabym przypasować do tego opisu. Od osób z zespołem Aspergera poprzez tych o wysokiej wrażliwości sensorycznej, nadmiernie emocjonalnych, o ciekawości nienasyconej albo ultraselektywnej, aż po hiperaktywnych. Czyli są to osoby totalnie od siebie różne. Z różnymi problemami, których „nadwydajność” wynika z zupełnie różnych rzeczy. Jeśli kwestionuje się sensowność krzywej Gaussa, to można dowolnie zdefiniować to „nad” i każdy się w nim odnajdzie. Ale  skoro tak wielu jest „nad” to czy istnieje w ogóle coś takiego jak to „nad”?

Mityczni prawopółkulowcy

Największa wysypka jednak pojawia się na mojej skórze gdy czytam fragment o odmiennym okablowaniu i „dominującej prawej półkuli mózgu”, podparty liczbami (!): „Od 70 do 85 procent mózgów wykazuje dominację lewej półkuli. W mózgach osób nadwydajnych  (15 do 30 procent) pierwsze skrzypce gra półkula prawa. Różnice między jedną z drugą są znaczne, toteż ktoś, kto ma mózg okablowany inaczej niż większość ludzi, może mieć wrażenie, że pochodzi z innej planety”. Mówi również: „Łatwo stąd wysnuć wniosek: zależnie od półkuli dominujące ludzie traktują informację odmiennie, interesują się innymi sprawami, inaczej myślą, a więc mają całkiem inną osobowość”.

Rozróżnienie na prawo i lewopółkulowców jest jednym z psychologicznych mitów. Można już znaleźć sporo fajnie to wyjaśniających tekstów w internecie, uwzględniających skąd wzięło się to przekonanie. Zacytuję Wam tylko fragment artykułu, który możecie sobie przeczytać choćby na stronie neuropsychologia.org:

„Najprościej mówiąc, choć zauważyć można jednostronną przewagę niektórych sieci, brak jest dowodów na przewagę sieci prawo- lub lewostronnych u konkretnej osoby, a co za tym idzie – na istnienie różnic międzyosobowych w tym zakresie (…). Na zakończenie warto ponownie podkreślić, że nie istnieją żadne złożone funkcje poznawcze reprezentowane wyłącznie przez jedną półkulę. Brak jest także dowodów na istnienie wyraźnej dominacji półkulowej – na podstawie przytoczonych danych dość łatwo stwierdzić, że całkowita przewaga którejkolwiek z półkul nad drugą wiąże się nie ze specjalnymi zdolnościami czy cechami osobowości, a raczej z poważnymi zaburzeniami funkcjonowania poznawczego i emocjonalnego”.

W tekście tym znajdziecie spis literatury, w którym możecie poczytać o rzekomej prawo czy lewopółkulowości.

W dodatku osłabia mnie to, że autorka ta wydała już trzecią swoją – najwyraźniej świetnie sprzedającą się produkcję, która atakuje mnie co chwilę reklamami na Fb, wykorzystuje lata doświadczeń, by sprzedawać ludziom swoje wątpliwe, niepoparte niczym teorie. Mieszając pojęcia i kładąc ludziom do głowy szkodliwe uproszczenia czy mity psychologiczne. A także podaje bardzo wątpliwe tezy, np.:

„Dieta bogata w białko daje doskonałe wyniki w leczeniu bulimii”

„Szybkość przepływu impulsu nerwowego jest większa w półkuli prawej” (co??!!)

„Homeopatia oferuje całą gamę środków przeciwlękowych, zapobiegających depresji, zwalczających męczliwość fizyczną czy intelektualną, a także wyciszających wzburzony umysł. Ale że są to przeważnie efektywne leki o zbyt złożonym składzie, by się samemu w nich rozeznać, lepiej żebyś skonsultował się ze swoim homeopatą…”

Na ten ostatni argument podam Wam dwa szybkie fakty, które znalazłam w 3 sekundy wpisując hasło „homeopatia” w Wikipedii:

„Twierdzenia o skuteczności homeopatii przekraczającej efekt placebo nie mają oparcia w dowodach naukowych i przeprowadzonych badaniach klinicznych nad jej skutecznością (…) W zależności od stężenia preparaty homeopatyczne mogą nie zawierać ani jednej cząsteczki substancji aktywnej, a efekty lecznicze takich środków (poza efektem placebo) byłyby sprzeczne z podstawowymi prawami fizyki”.

Jeśli to Was zainteresuje – jest wiele tekstów obalających rzekome działanie homeopatii. Myślę jednak, że jej skuteczność, to już jest głównie kwestia wiary, a nie nauki. A w przypadku wiary – nauka jest bezsilna.

„Nadwydajność to niezbyt dobrze znane i rozumiane zjawisko, które wykracza poza zdolności pojmowania wielu dorosłych”

„(…) Gdziekolwiek się znajdą, do czegokolwiek zabiorą, odnoszą sukces. Szybcy sprawni, wszystko robią dobrze i są tego świadomi, nie przychodzi im jednak do głowy, że tacy są tylko oni, nawet jeśli dostrzegają, że ich otoczenie nie umie sobie z niczym poradzić”

„A przecież nie przyjmując do wiadomości swojej wyższości intelektualnej, wyrządzasz krzywdę normalnie myślącym”

Zawiłe i mylące jest też tłumaczenie, że rozkład inteligencji w społeczeństwie w postaci krzywej dzwonowej bierze się z tego jak celowo opracowane są testy (autorka twierdzi, że to przez to, że testy zawierają niewiele pytań bardzo trudnych i bardzo łatwych i większość takich, na jakie odpowie większość ludzi i stąd kształt krzywej). Gdy postawicie na starcie stu losowych maratończyków i zaczekacie na nich na mecie, też zobaczycie krzywą dzwonową. To łatwo zrozumieć, ale umysły muszą się rządzić jakimiś innymi prawami, nie? Bo inaczej komuś będzie przykro.

Niestety widzę więcej takich książek, które opierają się na autorytecie psychoterapeutów i ich doświadczeń, często tendencyjnych, czasem szkodliwych. Przekazują w nich swoje opinie podpierając się tytułem i terminologią psychologiczną, autorytetem wynikającym z lat pracy. Opowiadają o chwytliwych tematach, takich jak związki, zdrady, rozwody. Mówią jak powinno być, jacy są ludzie, co robić, czego nie robić. Czuć w tym nierzadko ich własne uprzedzenia, przekonania. A zagubieni ludzie szukający łatwych odpowiedzi na trudne pytania dają się na to bezkrytycznie łapać. Bo przecież dostają wiedzę od eksperta.

Normalne problemy

Nie widzę innego wspólnego mianownika dla osób, które opisuje autorka niż odmienność w przeróżnych, niezwiązanych ze sobą sferach. Znajdowanie się poza centrum rozkładu normalnego. Nie nazwałabym tego „nadwydajnością mentalną”. Po prostu skrajnym natężeniem cech. Niekoniecznie związanych z wydajnością. A wiele z przykładów wcale nie pokazuje szczególnej skajności. Pokazuje raczej problemy, które dotyczą bardzo wielu ludzi ze środka rozkładu. One nie tworzą żadnego szczególnego typu osobowości, czy podtypów. Doświadczają ich ludzie na bardzo różnych etapach życia, wskutek przeróżnych zdarzeń, nie zawsze, nie w każdym otoczeniu, nie wśród wszystkich ludzi. Różnimy się i jesteśmy podobni za jednym zamachem. Da się wyróżnić typy osobowości i wielu ludzi już się z tym mierzyło. Jedni robią to trafniej, inni bardziej kulawo. Zwykle odnajdujemy się w więcej niż jednym typie.

Pani Petitcollin zgarnęła do jednego worka losowy zbiór cech i stworzyła na tej podstawie teorię, bo w takim zestawie zawsze uda się dopatrzeć czegoś, co bardzo chcemy znaleźć. W dodatku mam wrażenie, że ci „normalni”, o których mówi autorka to z kolei tylko wyobrażenie jakiegoś człowieka, który nie istnieje. Bo ten wyobrażony człowiek składa się z jakichś norm społecznych, z tego, co mówią inni, gdy nie myślą o sobie, tylko o tym, co się „powinno”. A w głębi duszy też czują się w jakiś sposób niezrozumiani, wyjątkowi.

Jak wielu znacie ludzi, którzy stwierdziłby – ja to jestem całkowicie normalnym, przeciętnie myślącym, przeciętnie inteligentnym człowiekiem? W starszych pokoleniach jest takich więcej, bo kiedyś przyznawanie się do inności było nieszczególnie atrakcyjne. Teraz, bycie normalnym jest chałowe. Ale wiecie co? Nie ma czegoś takiego jak jacyś inni, którzy są normalnymi ludźmi. To my jesteśmy tymi innymi. Dla mnie Wy jesteście tymi innymi, dla Was ja jestem elementem tej masy. Wszyscy odnajdziemy w sobie jakieś cechy tych „nadwydajnych”. A zbiór, do którego należy każdy człowiek, jest po prostu zbiorem „ludzie”.

Szufladkowanie ma sens, gdy wyróżnia się typy rozłączne i na podstawie różnych cech. Jeśli mamy szufladę, w której lądują zarówno szczególnie inteligentni, szczególnie wrażliwi sensorycznie, ci ze szczególnie rozproszoną uwagą, i inni szczególni, to mamy po prostu tę szufladę, w której ląduje wszystko. Kombinerki, drut, wstążka, widelec, pismo z sądu, żarówka, ołówek, but i majtki. Gdy ktoś mówi, że jestem nadwydajna mentalnie, bo jestem wrażliwa sensorycznie i rozproszona, to równie dobrze mógłby ocenić, że jestem nadwydajna, bo szybko biegam. Ja nie widzę szczególnej różnicy.

Jacy z kolei są ci „inni”?

To ci „lewopółkulowi”, których jest 75-80%.

„Umyka im wiele rzeczy, innych zaś sobie nie przypominają, w związku z tym poziom ich wymagań jest niższy od twojego”. Nie rozpraszają się, koncentrują na sprawach istotnych, „słuchają cię, pod warunkiem, że twoja wypowiedź jest dostosowana do ich struktury psychicznej, oczywiście linearnej”. Mniej uważni, w ogóle nie odczytują komunikatów niewerbalnych (co?!), ich myślenie sekwencyjne dostosowane jest do systemu szkolnego, umożliwia uczenie się na pamięć, nawet jeśli nie ma w tym nic do zrozumienia. Umysł normalnie myślącego zawiera mniej idei, mniej pytań, mniej oryginalności, wszystko jest tak staranniej poukładane. O, i mają znacznie mniejsze potrzeby emocjonalne niż „ty”. Chętnie rozmawiają o banałach, wymieniają się frazesami, nie potrzebują rozrywki na wyższym poziomie, nie mają potrzeby zmieniać świata.

Mogłabym wypisać tego więcej, ale wybaczcie, wysypka swędzi mnie już za bardzo i uważam takie dzielenie za szkodliwe. W ogóle dzielenie się na nas – tych lepszych i ich, tych gorszych (bo jeśli poczytacie sobie ten podział to wyczujecie, że nadwydajni są tymi lepszymi, normalnie myślący są banalni, nieciekawi, prości – nie będziecie mieli złudzeń, że są jacyś lepsi i gorsi. A jak pokazuje historia – takie rozróżnianie jeszcze nam nie przyniosło niczego szczególnie dobrego). Jeśli chcemy się z kimś porozumiewać, żyć z innymi ludźmi, musimy zauważyć, zrozumieć i zaakceptować różnice, ale i poczuć podobieństwa. Budowanie w sobie przekonania, że się jest kimś lepszym – co właściwie miałoby przynieść nam w rozwoju?

Nie polecam książek pani Petitcollin jeśli chcecie zdobyć jakąś realną, chociaż wiarygodną wiedzę. No chyba że chcecie poczytać jakąś psychologiczną fikcję, która zrobi Wam dobrze. Dzięki której poczujecie się kimś wyjątkowym, nadwydajnym, pogłaskanym i docenionym. Może przez chwilę podbuduje Wam to samoocenę, może wypisze Wam usprawiedliwienie. Ale może właśnie sprawi, że mając jakiś realny problem nie pójdziecie szukać rozwiązania, bo to wynika z Waszej szczególności, której zwykli ludzie nie zrozumieją. A tak naprawdę tylko się tym izolujecie od innych ludzi, którzy mają pod wieloma względami tak samo jak Wy.

2 comments

  1. Trafiłam na Twoją stronę ponieważ szukałam krytycznych recenzji na temat „Jak mniej myśleć”.
    Mogłabym przedstawić kontrargumenty do każdego Twojego zarzutu. Jednak najistotniejsze, z mojej perspektywy, jest to co napisałaś w podsumowaniu.
    Ta książka pozwoliła mi być bliżej innych ludzi. Zrozumiałam, że to nie jest ich zła wola kiedy mnie nie rozumieją. Przestałam oczekiwać, że będą w stanie zawsze odpowiedzieć mi na pytanie dlaczego coś robią. Przeczytałam tę książkę 5 miesięcy temu i do teraz daje mi ona mnóstwo spokoju. Zrozumiałam dlaczego ludzie nazywają mnie „frajerem” i zaakceptowałam to, że nie każdy musi rozumieć moje przestrzeganie zasad. Zbliżyłam się z moją rodziną, ponieważ nie wiedziałam z czego wynika fakt, że w trakcie dużych spotkań rodzinnych przychodzi nagle moment, że muszę położyć się na drzemkę bo nie jestem w stanie znieść wszystkiego co się wokół mnie dzieje. Odnalazłam przyczynę tej sytuacji w sobie a nie w nich, więc zaakceptowałam to i pracuję nad „odpowietrzaniem” mózgu tak żeby nie czuć się przytłoczoną. Przez całe swoje życie spotkałam 3 nadwydajne osoby. Przyjemność przebywania z nimi, intelektualne orgazmy (wynikające nie z poziomu inteligencji, ale z bystrości, kompatybilnego poczucia humoru i poziomu szczegółowości w postrzeganiu świata), dreszcze ekscytacji kiedy wreszcie znajduje się człowiek, który rozumie moje rozterki na czysto teoretyczne tematy i potrafi o nich dyskutować całą noc, jest nieporównywalna z niczym. Jednak w okół mnie prawie wszyscy są normalnie myślący i to jest w porządku. Ludzie tacy są i to dobrze, że się różnimy. Teraz kiedy słyszę „ten problem jest z dupy” nie jest mi przykro. Kiedy nie potrafię zareagować na złośliwość, małostkowość lub bezinteresowne zło nie zastanawiam się co jest ze mną nie tak, tylko wiem, że to jest w porządku, bo różni ludzie mogą to postrzegać z różnych poziomów. Moje poczucie własnej wartości nie wzrosło ani trochę. Z syndromem oszusta pracowałam z terapeutką już kilka lat temu, przepracowałam to, że ocen i dobrych wyników w pracy nie dostaje się za czas poświęcony na naukę i wykonanie pracy tylko za efekty. Dzięki tej książce świat wydał mi się przyjaźniejszy a ludzie bliżsi. Nie wywnioskowałam z tej książki, że jestem lepsza tylko, że moja inność też jest w porządku. Według mnie ta książka łączy a nie dzieli ludzi. Piszesz, że nie spotkałaś żadnego człowieka, który określiłby się jako normalny, przeciętnie myślący i przeciętnie inteligentny. Ja spotkałam wiele takich osób ponieważ one mówią mi, że tak się przy mnie czują. Zazdroszczę im. Nie tego uczucia, ale tego, że chodząc po świecie nie doświadczają tak bardzo intensywnych odczuć, emocji, rozterek i rozgałęzionego myślenia. Od dziecka marzyłam żeby zostać dresiarzem pijącym piwo na klatce pod blokiem. Moje życie samo potoczyło się tak, że nim nie zostałam.

    Trochę to zabrzmiało łzawo jak na to patrzę, ale właśnie tak mi ułożyła w głowie ta książka.

    Dziękuję Ci za tę recenzję.

    Łączę pozdrowienia
    Marta

    • Ja też dziękuję za to, co napisałaś, Marto. Nie podzielam Twojego entuzjazmu wobec tej książki, ale i tak najważniejsze jest to, co piszesz, czyli że dzięki niej wiele spraw Ci się poukładało i z tej perspektywy rozumiem wartość tej książki. Krytykuję ją i napisałam ze swojej strony bardzo wiele, nie chcę tego powtarzać. Zaskoczyło mnie, że spotkałaś tylko 3 osoby, które autorka nazywa „nadwydajnymi”. Ja też widzę się w tych opisach w bardzo wielu miejscach, w bardzo wielu widzi siebie moja przyjaciółka. Do niezwykle wielu pasuje mój chłopak. Jednak, gdy zastanowić się bardzo uczciwie, to do wielu nie pasujemy absolutnie. W moim odczuciu bardzo dużą rolę w tym jacy się czujemy lub jak o sobie mówimy odgrywają mechanizmy obronne. Inteligencja, wrażliwość również mają tu znaczenie. Jednak mimo że ta książka może posłużyć jako temat do wielu przemyśleń, to nie jest dla mnie spójną teorią, którą dałoby się obronić jako prawdziwą. Po prostu za dużo w niej luk, za dużo uogólnień, za dużo wrzucania do jednego worka totalnie różnych rzeczy. Za dużo w niej czerni i bieli i w dodatku zbyt wiele jest skrajnie różnych cech przypisywanych „nadwydajnym” czy myślącym normalnie. Każdy chce się czuć wyjątkowy i na tym właśnie jedzie ta książka. Ty masz pewne cechy rozwinięte lepiej i ja mam pewne cechy rozwinięte lepiej. Ja mam abstrakcyjne poczucie humoru, Ty też możesz mieć i mogą one być totalnie różne od siebie. Mój chłopak jest bardzo inteligentny i nadwrażliwy sensorycznie, ale to ja widzę i czuję milion szczegółów w swoim otoczeniu, na które on jest całkowicie ślepy. Za bardzo się różnimy (mimo że wiele rzeczy mamy podobnych) żeby dzielić ludzi na „nadwydajnych” i „normalnie myślących” w taki sposób, jak to zrobiła autorka. Rozumiem skąd się bierze zamiłowanie do tej książki. Sama nigdy bym takiej nie napisała, bo nie zdecydowałabym się na tyle nadużyć. Ja mam motywację teoretyczną i bardzo ważne są dla mnie aspekty opierania jej na faktach, rzeczach, które da się w jakiś sposób potwierdzić, bo wiem ile błędów popełniamy rozumując i przez oszczędność poznawczą łatwo kupujemy niektóre teorie, tylko dlatego, że bardzo nam pasują i wyglądają jakby przedstawiały ładny, zrozumiały obraz. Ja jestem sceptykiem i lubię mówić „sprawdzam”. Natomiast jeszcze raz podkreślę na koniec, że jeśli ta książka wpłynęła dobrze na Ciebie i Twoje życie czy otoczenie, to osiągnęła bardzo dobry cel.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s