O drodze do kobiecości

O czepianiu się o pierdoły, myleniu prawej z lewą, udowadnianiu, że nie jest się wielbłądem, niezgodzie na słabszą płeć, kawałku mięska, który Freud powinien sobie wsadzić w ucho i wielu innych kwestiach, które stały na drodze do tego, bym mogła nosić rozpuszczone włosy.

Pierwszy raz w życiu mam tak długie włosy i pierwszy raz tak często noszę je rozpuszczone. Chociaż plączą się i schną jak skarpetki na deszczu. Ale cieszę się z nich i uśmiecham się, gdy poczuję łaskotanie końcówek tuż poniżej pasa. Przez całe lata nie pozwalałam sobie na to żeby mieć takie niesforne, rozpuszczone włosy. Jak i na wiele innych rzeczy, które łączyły się z kobiecością.

IMG_0884

Gdy poszłam do podstawówki nie czułam się lubiana przez dziewczynki. Zresztą, szczerze mówiąc i ja nie lubiłam się z nimi bawić, bo żadna to była frajda, gdy E. przynosiła do szkoły swoją najnowszą Barbie i reszcie dziewczyn rozdawała jej akcesoria mówiąc: 

– Ty będziesz bucikiem, ty szczoteczką, a ty torebeczką.

W dupie miałam bycie bucikiem. Więc wolałam trzymać się z chłopakami. Bo jako jedyna dziewczynka w ich bandzie, dostawałam najlepszą spluwę (przez pierwsze dwa lata chodziłam do szkoły prywatnej, a tam dzieci przynosiły do szkoły zabawki). I oczywiście wspominałam to z ogromną dumą przez cały okres bycia nastolatką i praktycznie aż do 30. 

Nieszczególnie lubiłam dziewczynki. Próbowałam się z nimi kumplować wiele razy, ale zwykle czułam się w jakiś sposób przez nie odrzucana, albo zdradzana. Jedynym wyjątkiem była M., z którą zaprzyjaźniłyśmy się jeszcze w przedszkolu. Byłyśmy prawie jak siostry.

Pamiętam też jak dostałam okres. Moje przerażenie, mój wstyd. Byłam rozczarowana, zrozpaczona. Pamiętam, że siedziałam gdzieś w kącie i myślałam, że tak już będzie do końca życia. W dodatku gdy potwornie zawstydzona tą życiową zmianą siedziałam w ławce na lekcji historii, odwróciła się do mnie zupełnie inna E. i celując w moje czoło z szyderczym uśmieszkiem powiedziała:

– O, ktoś tu ma okres! 

Zaprzeczyłam, choć niezbyt przekonywająco, przerażona skąd ona wie. A ona trochę zbyt głośno powiedziała, że to dlatego, że mam pryszcz na czole i kujnęła mnie w niego palcem. 

Podobną żenadę czułam tylko wtedy, gdy po raz pierwszy założyłam stanik na lekcję WF-u i dziewczyny miały z tego tęgi ubaw. 

Tak, nie czułam żebym miała za co lubić inne dziewczynki. 

Ale to również zupełnie nie był czas na kumplowanie się z chłopakami. Bo po tym okresie, gdy chłopcy i dziewczynki patrzą na siebie z obrzydzeniem i trzymają się daleko, nadszedł ten moment, gdy zaczynali się sobą bardzo interesować. Trzymałyśmy się więc z dziewczynami razem, gadałyśmy o chłopakach, paliłyśmy papierosy, piłyśmy pierwsze piwo. Byłyśmy ziomalkami, choć nie przyjaciółkami. Akceptowałam to, choć raz ostro się wkurzyłam, gdy jedna z nich wychodząc ode mnie z domu pokazała mi, że ma pod pazuchą dziesięciopak fajek. Kazałam jej to szybko oddać i wściekła byłam, że chciała okraść moich rodziców (mieli sklep i skubnęła te fajki z zaplecza), a przecież tym samym okradłaby mnie. 

I te moje relacje z dziewczynami były zwykle obarczone brakiem zaufania, rywalizacją, walką, poczuciem zdrady. Spodziewałam się tego po nich, więc sama kreowałam takie sytuacje, sama zdradzałam i nie byłam godna zaufania. Od liceum już ewidentnie wolałam się trzymać chłopaków.

I właściwie już od tego małego niosłam w sobie jakieś przekonanie, że kobiety są kiepskie. Albo zdradzieckie, czyhające żeby mi dowalić, albo słabe, emocjonalne, z głupimi problemami. Wielu mężczyzn, których miałam w życiu blisko siebie dorzucało to tego przekonania swoje trzy grosze, które czasem zbierałam i wkładałam do portfelika swoich przekonań. Czasem to były wręcz pogardliwe rzeczy. 

O tym, że kobiety są wkurwiająco niezdecydowane.
O tym, że to wyfiokowane lafiryndy.
O tym, że są manipulantkami.
O tym, że są takie emocjonalne. Że krzykliwe i płaczliwe.
O tym, że są takie nieracjonalne.
O tym, że zawsze się czepiają o pierdoły.
O tym, że są gorszymi kierowcami.
O tym, że zawsze mylą prawą i lewą stronę.
O tym, że stają się oziębłe i naburmuszone.
O tym, że tej to chyba dawno nikt nie wydymał. Albo że tej to nikt nie chce dymać.
O tym, że hormony im ryją łeb. I te hormony sprawiają, że one są niestabilne i nienormalne.
O tym, że nie powinny zarabiać tyle samo, bo mogą odejść zaraz z pracy bo zajdą w ciążę i co chwilę będą na zwolnieniu, bo dziecko ma katarek i wysypkę.

Na szczęście nie wszystkie je przyjmowałam, niektóre tylko wewnętrznie mnie wkurwiały.

A od innych kobiet słyszałam jeszcze, że kobiety są wredne dla siebie i nie można im ufać. Że zaraz Ci męża podpierdoli, że zazdrosna, bo jesteś od niej ładniejsza, że Ci będzie gadać za plecami i podkopie pod Tobą dołek. Słyszałam też wiele innych rzeczy, które nie pomagały mi dobrze myśleć o kobietach. 

Freud powiedziałby, że zapewne to zazdrość o członek, którą niosę od dzieciństwa. Ale dziś odpowiedziałabym mu na to żeby sobie wsadził ten członek w ucho, bo nie o kawałek mięska tu chodzi. Dorastałam w świecie, w którym wciąż to syn był większą dumą, o kobietach mówiło się źle i nie dawało im równych praw. Chłopcy mogli robić co chcieli, a dziewczynkom “nie wypadało”. Chłopak z doświadczeniem w seksie był ok, dziewczyna była dziwką. Facet mógł palić, pić i przeklinać, i po wypuszczeniu dymu mówić jak to obrzydza go paląca lub klnąca kobieta. To facetowi dawało się kluczyki żeby poprowadził, nawet gdy kobieta miała 15 lat doświadczenia za kółkiem, a on 3. Gdzie zarówno kobiety i mężczyźni śmiali się z idiotycznego żartu: „Wiesz co powiedział bóg jak stworzył Ewę (z żebra Adama, kurwa!)? O, ty to będziesz się musiała malować i perfumować. A dlaczego? Bo jesteś brzydka i śmierdzisz”.

Ha. Ha. 

Albo: „Dlaczego faceci nie mają cellulitu? Bo to brzydkie jest”.

Sama śmiałam się kwaśno z tych żartów. Bo gdybym się nie śmiała, to bym została uznana za drętwą. Dziwną jakoś i w ogóle mającą jakiś problem.

Nawet mnie wtedy jakoś te różne złośliwości wobec kobiet nie irytowały tak bardzo, bo ja nie czułam się przecież “zwykłą kobietą”. Ja byłam INNA. Za punkt honoru brałam sobie żeby nie być taką “typową laską”. 

Wolałam być tą, co zawsze w dzieciństwie “łaziła z chłopakami po drzewach”, a nie “bawiła się głupimi lalkami”. Tą, która pójdzie z nimi na piwo i sama opowie jakiś śmieszny żarcik. Która jest racjonalna. I w ogóle nie ma tych wszystkich głupich cech, z powodu których ludzie śmieją się z kobiet, albo nie biorą ich na poważnie. Byłam mimo to niepoprawną flirciarą, bo to, co również wyniosłam z życia, to to, że żeby faceci Cię lubili to musisz być dla nich atrakcyjna. No więc starałam się na różne sposoby. Byłam kumplem z gwiazdką. Taką rodzyneczką w męskim towarzystwie. Lubiłam podkreślać swoją dziewczęcość sukienkami i wściekłym makijażem. A do tego bluzgałam i paliłam. Byłam w sumie czymś pośrednim. Bo przecież ani nie byłam chłopakiem, ani do końca dziewczyną, bo sukienki i makijaż i strzelanie oczami jej ze mnie nie czyniły. Z perspektywy czasu widzę, że w niektórych kwestiach byłam samotna, bo przecież miałam inne potrzeby niż moi koledzy, ale nie bardzo mogłam się z nimi ujawnić, więc mogłam im tylko zaprzeczać.

Myślę, że w tamtym czasie musiałam być dla innych dziewczyn naprawdę nieznośna. Trudno mi uwierzyć, że zdołałam się jeszcze w tamtym czasie szczerze zaprzyjaźnić z H., która też zdecydowanie była bardziej babą równiachą od wyciągania barana ze stawu, niż „typową kobietą”. 

I mimo że zaczęłam potem być z K. swoim przyszłym, a dziś już byłym mężem, to poza rezygnacją z irytującego i wszędobylskiego flirtu i sukienek, nie zmieniłam w sobie wiele w podejściu do kobiet, zwłaszcza, że on zdecydowanie mi w tym nie pomagał. 

Miałam świetne koleżanki, które nie potwierdzały tego obrazu, ale traktowałam je jak wyjątki. Nie zastanawiałam się wtedy, że ten wizerunek nijak nie trzyma się kupy, gdy podstawię którąś z nich pod ten „wzór”. Szczerze mówiąc, w ogóle niewiele się nad tym wszystkim zastanawiałam, to tkwiło sobie we mnie, gdzieś na głębszym poziomie.

Dopiero gdy trafiłam na pierwszą terapię spotkałam się twarzą w twarz z pytaniem: 

Czym jest dla pani kobiecość?

Długo się nad tym zastanawiałam i byłam bardzo zaskoczona, że mam w sobie tyle negatywnych przekonań. Od lat nie nosiłam sukienek, chociaż kiedyś podkreślałam za ich pomocą swoją odmienność od chłopaków. Chodziłam w legginsach. Włosy miałam upięte w kucyk, bo K. nie lubił rozpuszczonych. Mówił, że mnie poszerzają, a ja przecież miałam pierdolca na punkcie tego, że jestem gruba. Byłam sportowcem, twardą laską. Nie jakimś emocjonalnym mazgajem. Schowałam bardzo głęboko swoje emocje. Zaciskałam tylko mocniej szczękę i dusiłam je w sobie. Wkrótce zaczęłam również przeciwko sobie obracać. Byleby tylko nie być „emocjonalną pindą”. 

Uwierało mnie mocno to, że mówi się w ten sposób o kobietach, czy tak je traktuje. A z drugiej strony – sama to tworzyłam. Chciałam być feministką, ale wciąż miałam we łbie różne paskudne przekonania. No i przecież o feministkach też mówią różne straszne rzeczy. Np., że to są te kobiety, których nikt nie chciał.

Pojechałam potem na wyjazd jogowy, na którym pierwszy raz od dawna byłam tylko w gronie kobiet. W przeróżnym wieku. Poczułam się tam bezpiecznie. Poczułam moc tego kobiecego spotkania. Ich potężną mądrość. I to, że mogę przy nich popłakać się z emocji i zostać z tym przyjęta. Przytulona. I mogę tak płakać i płakać i nikt mi nie mówi, że jestem mazgaj. Że nie jestem racjonalna, bo mówię, że nie umiem zaakceptować swojego brzucha, choć wcale nie jestem gruba. Zostałam tam bardzo przyjęta. W żadnej z tych kobiet nie widziałam tych wszystkich głupot. A nawet jeśli jakaś była roztargniona czy emocjonalna, to co? Nawet jeśli wjechałaby w kubeł na śmieci cofając, bo pomyliła prawą z lewą, to kurde czy czyni ją to gorszym człowiekiem?

Tamten wyjazd był początkiem prawdziwej i dużej zmiany. Zmiany, dzięki której przestałam patrzeć nieufnie na inne kobiety i ujmować im. Zaczęłam je przytulać, słuchać ich, rozmawiać z nimi o naszych wspólnych problemach. O zaburzeniach żywienia, poczuciu bycia niewystarczającą. Problemach bycia kobietą. I zobaczyłam jak smutne było to, że żyłam w takiej izolacji od nich. Jak mi to wiele zabierało. 

Zrozumiałam również, że nie jestem jakaś inna, przestałam myśleć, nie jestem typową kobietą. Jestem. Populacja kobiet składa się z przeróżnych przypadków. Ale gdy ktoś mówi kiepsko o kobietach generalnie, to mówi też o mnie. Jak ja mówię źle “o kobietach”, to mówię też źle o sobie. Bo pewnie, że jest tak, że jesteśmy bardzo różne, mężczyźni też. Są słabi i silni, mądrzy i niezbyt, zaradni i niezaradni. Płeć nie gra tu roli.

Ja jestem jednocześnie bardzo różna od innych kobiet, a w tym samym czasie, niemal identyczna jak one. Mam 18 lat stażu za kółkiem, nie mylę stron, jestem inteligentna, dobra w łamigłówkach i znam wiele takich kobiet. Czasem liczę na palcach i znam facetów po informatyce, którzy też to robią. I mają problem ze stronami. A nawet takich, którzy mimo 35 lat nie mają prawa jazdy. Znam kobiety neurotyczki i rozchwianych emocjonalnie facetów. Kobiety, które biorą życie na chłodno i takich mężczyzn. Znam kobiety i mężczyzn, którzy dają się robić odmiennej płci, bo byli ufni i potrzebowali miłości. Znam złośników jednej i drugiej płci i takich, którzy lubią udowadniać swoją wyższość na każdym kroku i stawać w blokach startowych, kto pierwszy powie „stół z powyłamywanymi nogami”. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni są czasem mądrzy, a czasem robią głupoty. Zachowują się super i do kitu.

I szalenie się cieszę, że nauczyłam się już nie wyrzekać swojej kobiecości. I że już nie muszę kompensować, starać się bardziej żeby pokazać wszystkim, że będąc kobietą, nie jestem wielbłądem.

Dziś noszę rozpuszczone włosy i stoję wśród kobiet, a także po ich stronie, gdy słyszę, że są w czymś gorsze, albo że głupio się zachowują, albo że hormony.

A jak ktoś deprecjonuje przy mnie kobiety to staram się pytać – słuchaj, czemu to robisz? Co musisz sobie naprawić czy załatać podcinając skrzydła nam? Obniżając naszą wartość? I gdy widzę w którejś z kobiet taką dawną siebie, to chciałabym ją przytulić, bo myślę, że w głębi duszy czuje się z tym bardzo samotna. 

 

2 comments

Odpowiedz na Magda Ostrowska-Dołęgowska Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s