Wyprowadzka nad morze i nowy rozdział

O tym co ma wspólnego morze z myjącym się kotem, o tym dlaczego wolałam parzyć herbatę niż gadać, o lądolodzie i byciu kimś innym.

Plaza

Od końca września mieszkam nad morzem. Czaiłam się do tej wyprowadzki grubo ponad półtora roku. W tym czasie wykończyłam swoje mieszkanie w Bielsku-Białej, poszłam na studia w Katowicach i zawarłam nowe przyjaźnie. Ale Trójmiasto i spacery po plaży pojawiały się nieustannie w różnych moich notatkach, tych papierowych i elektronicznych.

Wiele razy chodziłam na Kozią Górę w BB dumać nad przeróżnymi zami i przeciwami. Nie wiem czy miałam nadzieję silniej związać się z powalającą z nóg panoramą Beskidu Śląskiego, czy żeby mi ten Bałtyk wywietrzał z głowy. Latem pojechałam na wakacje do Sopotu na trzy tygodnie żeby poddać się chwilom prawdy. Poprzeciskać w tłumie turystów, zobaczyć plażę pogrodzoną parawanami, budy z goframi i lodami świderkami. I żeby sobie to wszystko odczarować. Wrócić skruszona do swojego mieszkania z oknami wychodzącymi na korony drzew w sąsiednim parku, a nie na paznokcie sąsiadki i jej przyprawy kuchenne.

Ale nie odczarowałam.

Nadal chodziłam na Kozią i dumałam. Aż w końcu napisałam podanie o przeniesienie ze studiami między wydziałami, wystawiłam swoje mieszkanie na wynajem i zapakowałam samochód tak, że obawiałam się, że będę zmuszona go pchać przez całą Polskę do spółki z moimi zaprzęgowymi whippetami.

No i jestem. 

Mieszkam blisko plaży, więc codziennie rano biorę pieski, zakładam kalosze i idę pospacerować brzegiem morza. To niezwykle terapeutyczne. Patrzenie na morze jest tym samym co obserwacja rozgwieżdżonego nieba, ognia i myjącego się kota. Medytacją. Można tak długo, bez poczucia nudy. Nie trzeba się też nigdzie spieszyć, no bo dokąd? Nie ma żadnego punktu spełnienia.

Swędzi cię ta góra, eM?

Gdy chodziłam w góry trudno było mi tak po prostu sobie iść i zawrócić w dowolnym momencie. Bo gdy masz górę, która ma jakiś wierzchołek, i ty wiesz, że on tam jest, i gdy jesteś w dodatku typem o niepohamowanej ambicji, to musisz wleźć na ten szczyt. Ciśniesz, ciśniesz, do zaklepywanki i… możesz wracać. Nie żebym się nie rozglądała, nie podziwiała widoków, ale istnienie celu było czerwoną płachtą na byczy pierwiastek mojej natury. Gdy nie miałam czasu dojść to wierzchołka i musiałam zawrócić – aż mnie skręcało. Kiedyś, jak widziałam, że kurczy mi się czas, to podbiegałam. I jak już weszłam to mogłam obrócić się na pięcie i wracać. To się nazywa koncentracja na celu. Są ludzie, którzy po prostu tak mają. Liczy się zadanie do wykonania. I to rzecz jasna nie tylko w chodzeniu po górach, czy w pracy.

Ja w ogóle lubię cele i zadaniowość. Gdy organizowałam ultramaraton Chudy Wawrzyniec zdecydowanie lepiej odnajdywałam się w zadaniach typu – przywieźć coś, ogarnąć punkt żywieniowy, zrobić dla wszystkich herbatę albo polecieć do lasu i rozwiesić kawałek trasy albo zamykać kawałek trasy, niż stać na mecie i gadać. Chociaż lubię gadać i lubię ludzi.

Podobnie – ostatnimi czasy zdecydowanie wolę spotkania przy planszówkach, albo wspólne robienie czegoś niż tylko pobycie sobie razem i pogadanie przy stole, zwłaszcza pełnym jedzenia. 

Tu, gdy idę na spacer po plaży, jedynym celem jest dla mnie wybieganie piesków. Oczywiście mogłabym go sobie ustalić – np. dojść albo dobiec na spacerze z molo w Sopocie do molo w Orłowie. I cholera wie, może za jakiś czas właśnie o tym napiszę! Zmieniamy się póki serce bije, a płuca pompują. Ale póki co – idziemy tak sobie, ja rzucam to piłkę to frisbee i jest mi dobrze. Pod kaloszem piasek, we włosach wiatr. Rozwiane są też uszy whippetów.

Mżawka i wiatr

Uwielbiam jesień i zimę nad morzem. Gdy prawie nie ma tu ludzi. Kompletnie nie rozumiem tych, którzy przyjeżdżają tu z parawanami i smażyć się w słońcu, narzekając, że nad Bałtykiem wieje. Dla mnie to w ogóle nie jest morze na takie rzeczy. Takie rzeczy to w Egiptach, Grecjach, Kaliforniach i Hiszpaniach. A tu jest północ. I takie puste plaże, poza sezonem w chłodne dni, czasem ze słońcem, a czasem z mżawką, gdy musisz założyć gruby sweter i kalosze, takie dni smakują mi najlepiej. 

Pamiętam te czasy, gdy przyjeżdżałam nad Bałtyk jako dziecko. Z mamą, bratem i siostrą. Kuzynką Izą i jej mamą. Mieliśmy parawan.  Na plaży często było zimno, bo nawet w ciepłe dni wiało. I cięło piachem. Było budowanie zamków z piachu, były kąpiele z sinymi ustami, jak po jagodziance. Zresztą jagodzianki też były, bo zawsze gdy wychodziłam z wody mama troszczyła się żebym coś zjadła, bo przecież po takiej kąpieli to się człowiek robi głodny. Do dziś mam to połączenie, że

morze/jezioro/rzeka = drożdżówka

Było też zakopywanie się w piachu. Raz nawet rodzeństwo zabrało mnie ze sobą na dyskotekę, moją pierwszą w życiu, do Ary. Byłam naprawdę mała i brat trzymał mnie na barana przy „Give it to me” Majkela Dżeksona, w tamtym czasie mojej ukochanej piosence.

Ale tym, co pamiętam najbardziej były zachody słońca w Jastrzębiej Górze, podczas których pomarańczowa tarcza zanurzała się „w morzu”, za horyzontem. Pamiętam gofry z taką ilością bitej śmietany, że wychodziła uszami. Halibuta z frytkami i surówką w restauracji La Siesta. A także spacery do Lisiego Jaru i latarni morskiej. Uwielbiałam te wędrówki na mniej uczęszczane plaże, wtedy, gdy byłam taka mała, to one mi się zdawały poważnymi wyprawami! Lisi Jar był dzikim wąwozem, do którego mało kto się zapuszcza. Wyobrażałam sobie jak przypływają tu Wikingowie, zostawiają łódź i idą z pochodniami wśród ciemności. 

Tony lodu

Gdy byłam na studiach przyjechałam do Jastrzębiej Góry na praktyki z geomorfologii w październiku. Siedzieliśmy na plaży i słuchaliśmy jak dr Zgorzelski opowiadał o wybrzeżach klifowych i wspominał windę na klif. To był cudowny powrót na wybrzeże i właśnie do Jastrzębiej. Mogłam poznać to miejsce z innej perspektywy. Tym razem zamiast Wikingów wyobrażałam sobie grubą pokrywę lodu, która przytargała tu kupę żwiru ze Skandynawii. I powoli wycofując się zostawiała za sobą gliny zwałowe tworzące wały moren. A gdy nadszedł jej kres, ląd zaczął oddychać pozbywając się ciężaru jej cielska i powoli unosił wyżej, czego świadectwem są zawieszone dolinki dawnych rzek. 

Chodziliśmy z przyjaciółmi ze studiów na flądrę z frytami. Szwendaliśmy się po plaży i przesiadywaliśmy na niej zawinięci w śpiwory.

Terapia geograficzna

Tego roku w maju wróciłam do Jastrzębiej Góry po wielu latach. Nie było parawanów. Nieliczni turyści spacerowali brzegiem morza, zakutani w szaliki i czapki, przed zimnym wiatrem, lecz wystawiając twarz do słońca. Psy ganiały jak szalone i kopały w piachu. A ja syciłam się szumem, widokiem fal i charcich harców. Poszliśmy do Lisiego Jaru i śmiałam się w duchu, że to jednak jest tak blisko.

Cieszę się, że tu jestem. Czuję jakbym przez wiele minionych lat była zupełnie inną osobą. I bardzo fajnie jest czuć coś takiego. Z dzisiejszej perspektywy moje wyprawy, wyścigi, treningi, dawne ambicje, prace w mediach i organizacja biegów, wydają mi się abstrakcyjne i odległe. Byłam tą osobą i to było bardzo ciekawe życie, pełne pasji, choć i wiecznej pogoni za byciem lepszą. Ogromnych ambicji, celów, zadań. Nie mam pojęcia co będzie dalej. Kim jeszcze w swoim życiu będę. Na kogo wyrośnie, ta nowa ja.

 

 

P.S. Zapraszam również do wysłuchania mojego podcastu na temat dlaczego wyprowadziłam się nad morze. Mówię w nim o ucinaniu pępowiny, trudnych decyzjach, pilnowaniu już nie moich kotów i wielu innych rzeczach. Podcast dostępny jest również na Apple Podcasts, Spotify, Google Podcasts i w ogóle chyba wszędzie.

One comment

  1. idac na plaze z psem na nasz codzienny spacer musze zabrac ksiazke – moze uda mi sie spotkac Pania i pieski i poprosic o autograf

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s