Wyjść ze swojej głowy – o terapii

Łącznie dwa lata chodziłam na terapię. I dziś, z perspektywy, będąc już niemal rok po ostatniej, stwierdzam, że przesiedziałam je głównie w głowie. 

Choć działo się we mnie w tamtym czasie dużo (nadal się dzieje), to na terapii z reguły opowiadałam o tym na chłodno. Nawet od tego zaczynałam za każdym razem opowieść mojej terapeutce: “Wie pani, dziś już czuję się znacznie lepiej, ale dwa dni temu…”.

Mówiłam o swoich problemach, jakbym opowiadała o życiu dobrej koleżanki. Przejęta, ze współczuciem, ale mocno analizując, racjonalizując. Znacznie łatwiej było mi również widzieć siebie sprzed jakiegoś, nawet niedalekiego czasu, a nie w momencie, gdy moje życie toczyło się na bieżąco. Byłam pod okiem terapeutki, przecież to jej opowiadałam o tym wszystkim, więc zdawało mi się, że to jest w porządku, że może właśnie chodzi o to żebym sobie tak siebie przeanalizowała. Zresztą, z zawodem muszę również przyznać, że przeróżne zmiany, przełomy i zauważanie co ja właściwie robię, jak się zachowuję, co sobie mówię, działy się w moim życiu głównie dlatego, że czytałam jak wściekła przeróżne lektury psychologiczne i przyglądałam się osobom z mojego otoczenia, które miały podobne do moich problemy. 

Na terapii, poza kilkoma zaledwie przypadkami, nie dochodziło do niczego szczególnego w mojej sferze emocjonalnej. Rzadko dochodziło do mierzenia się z niewygodnymi rzeczami. Jestem bardzo wdzięczna za pomoc, którą od moich terapeutek (chodziłam do dwóch) dostałam, bo w sferze rozumowej zwróciły mi uwagę na pewne aspekty, których uporczywie nie chciałam widzieć. Zadały mi niby niewinne pytania, które szeroko otworzyły mi oczy na niektóre relacje i dały materiał do przemyśleń na cały tydzień. Ale nie zwracały mi uwagi na to, że tak naprawdę wciąż odcinam się od emocji, od przeżywania swojej sytuacji. Że to analizowanie, czytanie, to mechanizmy obronne, to moja strategia na niemierzenie się z lękiem i bólem. Łatwiej patrzeć na człowieka obok, który coś przeżywa i empatyzować z nim, niż doświadczać. 

Kiedyś terapia była rzeczą znacznie bardziej wstydliwą, a i wiedzy psychologicznej krążącej w eterze albo było zdecydowanie mniej, albo nie było jej wcale. Dzisiejszy klient, czy pacjent, jak różnie nazywają terapeuci człowieka, który do nich przychodzi, jest bardziej wymagający. I nie mówię o tym, że to znowu superdobrze, bo widzę, że pod pewnymi względami klienci zaczynają mieć podejście bardzo roszczeniowe i chcą załatwić wszystko w trzech prostych ruchach (czytam czasami oburzone komentarze takich roszczeniowych osób na kobiecych forach). Złoszczą się na terapeutę o brak postępów, albo że im wszystkiego nie analizuje głośno tu i teraz, a oni właśnie po to przyszli. It’s not that easy.

Jednym z powodów braku takiej analizy może być właśnie próba skoncentrowania pacjenta na przeżywaniu, a nie trzymaniu go w jego mechanizmach obronnych i “w głowie”, w bezemocjonalnej sferze racjonalnej. Ponadto, dla niektórych pacjentów ważnym elementem terapii jest właśnie powiedzenie terapeucie, że się nudzą albo nie czują, że na terapii cokolwiek się dzieje. To rzecz do zmierzenia się dla tych, którzy są zbyt grzeczni, którym brakuje asertywności, zawalczenia o swoje, i którzy zamiast pogadać z terapeutą wolą się wycofać myśląc: “Nie, to nie to, poszukam innego”. Jeszcze innym powodem tego, że terapeuta nie wykłada od razu całej teorii i spostrzeżeń jest to, że my bronimy dostępu do naszego prawdziwego ja. I on zwyczajnie musi się upewnić co jest czym. Co się kryje za tym, co mówimy. Czy jesteśmy szczerzy wobec niego, a przede wszystkim wobec siebie, czy wpadamy w kompensację, która powoduje, że zachowujemy się przeciwnie do naszych wewnętrznych lęków, uczuć. Kryjemy je. Warto też pamiętać, że nie zawsze terapia, która wygląda na taką „żeby się wygadać” rzeczywiście taka jest. Bo np. terapeuta nie ma nam niczego narzucać, on ma sprawić byśmy do różnych wniosków doszli sami, zadając tylko celne pytania i mobilizując nas do przemyśleń.

Pacjent, niekoniecznie ten roszczeniowy, jest bardziej wymagający, bo coś już zwykle wie, chciałby pracować nad sobą, a nie wygadywać się. I w dodatku, czasami to, co on już “wie”, zdecydowanie należałoby mu wyprostować. I pokazać, że to, że on wie, nie oznacza jeszcze, że będzie w stanie coś zmienić, bo tu nie o tylko o wiedzenie, ale również o przeżywanie chodzi.

Najsilniejszych bodźców do zmian dostarczyłam sobie sama, zupełnie nieświadoma, że podobnymi narzędziami posługuje się terapia schematów. Wywodzi się ona z nurtu poznawczo-behawioralnego i wykorzystuje niektóre założenia z terapii Gestalt i psychodynamicznej. W ogromnym skrócie nurt ten zakłada, że gdy nasze podstawowe dziecięce potrzeby nie były spełnione i funkcjonowaliśmy w poczuciu zagrożenia, wykształciliśmy sobie tryby, które były w tamtym czasie sensowne i chroniły nas w tamtej trudnej sytuacji, ale dziś już nam nie sprzyjają.

Te podstawowe potrzeby emocjonalne to potrzeba bezpiecznego przywiązania do innych, potrzeba autonomii, potrzeba czucia się kompetentnym i poczucie tożsamości, wolność wyrażania potrzeb i emocji, spontaniczność, realistyczne granice i samokontrola.

Autorytarny styl wychowania, chłód emocjonalny, nadmierny dystans, odrzucenie, zbyt duże wymagania, zbyt ciasne przywiązanie do dziecka, uwikłanie emocjonalne, stanie na drodze do jego usamodzielnienia się, patologie rodzinne, agresja, przemoc, poniżanie – wszystko to i trochę innych rzeczy sprawiło, że wyształciliśmy w sobie pewne interpretacje rzeczywistości i zachowania, i kurczowo się ich trzymamy. Fachowo mówi się, że wykształciliśmy sobie nieadaptacyjne tryby – dziecięce, rodzicielskie i radzenia sobie. To wszystko może nadal brzmieć trochę lakonicznie, ale jak powiem, że do takich nieadaptacyjnych rodzicielskich trybów należy Karzący Rodzic i Wymagający Rodzic i że to nie ten rzeczywisty, ale ten, którego nosimy w sobie, te pojęcia na pewno wydadzą się znajome. To nasz wewnętrzny krytyk, sabotażysta, ten, który nas naciska mówiąc, że ciągle jesteśmy niewystarczająco dobrzy, albo wręcz słabi i beznadziejni. Ta nasza część, która wywołuje zbyt często poczucie winy i nie daje odpocząć w pogoni za perfekcją.

W trybach dziecięcych pojawia się na przykład Upokorzone/Gorsze Dziecko albo Zależne Dziecko. Wśród trybów radzenia sobie jest Uległy Poddany, który boi się konfliktu i odrzucenia i dostosowuje się do otoczenia. Umniejsza swoją wartość, jest grzeczny, nikomu nie wadzi. Mówi: “Powiedz mi jaki mam dla ciebie być, a ja taki się stanę”. Jest też np. Odłączony Samoukoiciel, który wyłącza emocje angażując się w aktywności, które do uspokajają, pobudzają lub odwracają jego uwagę. Zwykle to są uzależnienia, nałogi, ale może być też praca, sport, gry komputerowe czy oglądanie TV. Wśród tych trybów są też nadmiernie kompensujące – Samouwielbiacz, który dąży do rywalizacji i władzy, umniejsza i wykorzystuje innych, Poszukiwacz Uwagi, który walczy o uznanie innych, czy Nadmierny Kontroler, który popada w perfekcjonizm by zapobiec niepowodzeniom i krytyce. Nie będę opisywać ich wszystkich, choć bardzo polecam zapoznanie się z nimi. To, co bardzo istotne – terapeuta działający w tym nurcie – w ciągu 3-5 spotkań powinien razem ze swoim pacjentem stworzyć model jego trybów i schematów, omówić go z nim, wskazać mu w jakie ucieka i dojść w tym z pacjentem do porozumienia – czyli bez narzucania. 

Terapia schematów wykorzystuje dwie ważne techniki, które dają realną szansę na zmiany. Technikę pustych krzeseł i wyobrażeniową. Wyobrażenia, których pacjent dokonuje w pracy z terapeutą pozwalają na aktywowanie schematów i pogłębienie odczuwanych emocji i skojarzenie ich ze wspomnieniami z przeszłości. Nie chodzi jednak o to by popławić się w rozpaczy i złości na swoich rodziców, rodzeństwo, kolegów czy nauczycieli, ale by zmienić je w wyobraźni tak, by potrzeby skrzywdzonego dziecka zostały zaspokojone. To może być powstrzymanie “złoczyńcy”, obronienie dziecka, którego nikt wcześniej nie obronił, przytulenie go. W przypadku pracy z pustymi krzesłami, dochodzi do dialogu pomiędzy poszczególnymi trybami lub między schematem a zdrową częścią pacjenta. I również chodzi o to by wypracować nowe zachowania.

Ja terapię schematów poznałam niedawno, choć nadal zdumiewa mnie jak intuicyjnie pracowałam nad sobą w podobny sposób. Niestety nie towarzyszył mi mądry, doświadczony terapeuta, więc zapewne jest tu jeszcze szerokie pole do poprawy. Te prace wyobrażeniowe, które wykonałam sama były piekielnie trudne emocjonalnie. Na terapii nigdy nie zbliżyłam się do niczego podobnego. Ale przyniosły też potężne przełomy i sporo we mnie umocniły. Pozwoliły mi nadać większe znaczenie mojemu wewnętrznemu Zdrowemu Dorosłemu i zwróciły moją uwagę, że pod pewnymi względami sama jestem już gotowa opiekować się moim wewnętrznym dzieckiem i dbać o jego interes. To zdecydowanie nie są techniki, które pozwalają siedzieć w głowie.

Część poznawcza, czyli ta racjonalna, też jest istotna w tej terapii na etapie zauważenia swoich problemów czy wypracowania nowych wzorców zachowań, ale myślę, że żeby naprawdę zmierzyć się ze sobą, nie da się pozostawać tylko w głowie i nie obędzie się bez wyjścia daleko poza strefę komfortu. 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s