Jezioro skute lodem cz. 4

Część czwarta opowiadania „Jezioro skute lodem”, w którym Fiore zdobywa niepewną wiedzę na temat jednej cholernicy, a chłopi wykazują się brakiem sympatii dla równouprawnienia, a także w którym zaczyna się robić mrocznie.

Po wodzie rozchodziły się kręgi. Fiore wzięła mocny zamach i rzuciła jeszcze jeden, dobrze leżący w dłoni patyk. Nic się nie wydarzyło. Obserwowała taflę wody przez chwilę, ale prócz rozchodzących się równo pierścieni, nic nie zwróciło jej uwagi. Jezioro było nieduże, skryte w lesie. Przy brzegach kłębiły się trzciny i tataraki, a po środku bieliły lilie wodne. Przywodziły na myśl tancerki w rozłożystych sukniach, które przysiadły na liściu żeby pomoczyć nogi w wodzie.

Przykucnęła i zamoczyła dłoń. Woda była zimna, przejrzysta. W wodach jeziora przeglądały się drzewa i niebo.

Fiore zostawiła Freyę przy brzegu, do którego prowadziła mała ścieżka, a sama spróbowała obejść jezioro dookoła. Nie było to łatwe. W lesie pełno było kałuż i pomniejszych jeziorek, częściowo zarośniętych płem, pływającym dywanem roślinności. Najprawdopodobniej to jezioro kiedyś było większe, ale z czasem musiało ustąpić walczącym o miejsce dla siebie roślinom. Fiore widziała małe rosiczki z otwartymi groźnie zębiskami. I mogłyby być naprawdę groźne gdyby zabrała tu ze sobą jakąś muchę. Kilka razy jej noga wpadła w pustkę pod wodą, parę razy poleciała na kolana, raz łapiąc nawet pełne zanurzenie. Czuła się jakby ktoś zmienił ją w patyczaka i właśnie uczyłaby się jak operować swoim nowym ciałem. 

W końcu udało jej się dotrzeć w miejsce, gdzie na spotkanie stopie ruszała ziemia, a nie dziura, pływające trawy albo jakieś zbłąkane podwodne żyjątko. Poświęciła chwilę na próby strzepnięcia z siebie wody tak, jak robią to psy, ale po chwili stwierdziła, że musi to wyglądać żenująco, poza tym, nie przypominała sobie by miała wśród przodków jakiegoś psa.

Gdy podskoczyła kilka razy i machnęła w prawo i w lewo tyłkiem szybko rozejrzała się, czy oby nikt nie patrzył. Coś jej mignęło na kępie traw nieopodal miejsca, gdzie przed chwilą walczyła z jakimś konarem. Fiore przyjrzała się temu przedmiotowi mrużąc oczy. Z daleka nie widziała jednak, więc zakląwszy cicho udała się na powrót na grzęzawisko. Próbowała się uczepiać stabilniejszych kęp traw i zajmować na nich jak najmniej miejsca. Udało jej się wodować w tej przeprawie tylko raz, więc uśmiechnęła się do siebie z satysfakcją, potknęła i runęła do wody. Wzdrygnęła się czując obślizgłe rośliny, którym najwyraźniej spodobały się jej buty. Splunęła, ucapiła się jakiejś gałęzi i wystawiła nogę wysoko, prawie w szpagacie, zwinnym ruchem wdrapała się na stabilniejsze pło. Dopadła przedmiotu, który okazał się być… skórzaną torbą, podobną do tej, w której przechowywał zebrane zioła i składniki Reinmar. 

Zajrzała do środka. Nie było w niej niczego szczególnego. Wyglądało to jakby coś w niej zgniło dawno temu. Cała była przesączona wilgocią. Fiore grzebnęła głębiej i wyjęła przegniłą turkusową chustkę. Stwierdziła, że to bardzo ładny i nietypowy kolor. Schowała chustkę do środka, przerzuciła sobie torbę przez plecy i zaczęła znowu gramolić się na stały ląd. Miecz zdecydowanie nie pomagał. Ale wolała nie ryzykować. Jeśli coś tu żyje… Albo co gorsza… Jeśli coś tu NIE żyje… Wolała o tym nie myśleć.

***

Z drogi podniósł się kurz, gdy jej buty dotknęły ziemi. Zeskoczyła z konia, wyprostowała się, wsunęła rękę za kołnierz i wyciągnęła stamtąd długie źdźbło czegoś zielonego. Cieszyła się, że źdźbło nie ma oczu. Czuła na sobie czyjś wzrok. Rozejrzała się dookoła. Kilku właścicieli oczu stało i stroiło miny. Mały, jasnowłosy chłopiec, w którego czuprynie jakaś śmielsza mysz mogłaby sobie uwić gniazdo, przyglądał się jej z otwartą buzią. Jego ojciec miał zresztą równie nieszczególnie mądrą minę i równie nieszczególnie czystą gębuchę. Zza płota przyglądała jej się młoda dziewczyna, o dwóch potarganych warkoczach i sukience, która wyglądała jak haftowana, bo tyle miała zacerowanych dziur. Starsza kobieta z tego samego obejścia, wsparta na miotle była posiadaczką jednego wystającego zęba, chustki, która miała prawo kiedyś być biała, ale nie wiadomo czy z tego prawa kiedykolwiek skorzystała, i czerwonych korali, które upodabniały ją do krzaka jarzębiny.

Do płota, przy którym zsiadła z konia podszedł młody chłopak z brakami w uzębieniu, jasnymi włosami, z których można by tłoczyć olej i koszulą, która w większej mierze składała się z dziur niż z koszuli. 

W ciszy bzyczała mucha, z odległej obórki dobiegło meczenie kozy. Dzieciak pociągnął nosem, w czym zawtórował mu ojciec. Fiore powiodła po nich jeszcze raz wzrokiem. 

– Ponoć jaki problem z jeziorem tu macie – w pierwszej chwili nie doczekała się reakcji, więc kontynuowała: – Świeci ponoć po nocach, lodem zionie, straszy i młodych chłopaków przy księżycu krągłym woła – rzekła donośnie patrząc na ich reakcję.

– O, pani! Jeszcze jak tu się z tym jeziorem pokiełbasiło! Chodzilim se, dziecki się pławiły, wszystko było jak trza, aż tu nagle upiorzyca jakaś się tam zalęgła – jął tłumaczyć jakiś tęgi właściciel wąsów, który wychynął z chałupy, za plecami młodego z brakami w uzębieniu. Reszta chłopów milczała jakby ktoś przed chwilą krzyknął, że kto się odezwie ten trąba i burak.

– Słyszałam. Król mnie przysyła, boście do niego po pomoc delegację wysyłali – ugryzła się w język. Słowo delegacja mogło dla tych tutaj brzmieć tak samo obco jak ewapotranspiracja, masturbacja i emigracja. Wszystkie one śmierdziały na odległość kimś uczonym i takim, którego trzeba obadać krytycznym wzrokiem zmrużywszy nieufnie oczy. Co też wszyscy natychmiast uczynili. – Gadajcie o tym jeziorze. Co to za jedna, ta upiorzyca? – zapytała żeby zagłuszyć chrzęszczące tryby ich myśli.

– A jakaś cholernica co skrzeczy i jęczy jakby drzwi nie naoliwione do stodółki. Strach tam teraz komu łazić, że po nocach to już nie dziwota, ale za dnia się bojamy, pani – chłop pokręcił głową, zamyślił się, po czym przyjrzał się jej krytycznie. – A chłopa król nie miał jakiego? Żeby nam tu babę w portkach przysyłać? – Fiore poczuła jak coś w niej zawrzało. Kątem oka zobaczyła małą ławeczkę przy drodze i oczami wyobraźni widziała już jak wąsatego przez nią przerzuca i tłucze miotełką na gołe dupsko. Jedyną miotłę w okolicy dzierżyła jednak baba z zębem i Fiore stwierdziła, że być może to jedyna rzecz, która tę staruchę trzyma w pionie. I zrezygnowała ze swojej wizji. Ściągnęła tylko usta w dzióbek i posłała mu spojrzenie, od którego zamarzłaby woda w studni, gdyby stała między nimi. 

– Od kiedy was ta “cholernica” nęka? – dopytała po chwili.

– No będzie ze trzy księżyce. Ziąb stamtąd leci co noc. Światło jakieś takie niebieskie świeci – mówił dalej chłop. Pogrzebał palcem w zębach i znalazł najwyraźniej coś czego szukał, bo cmoknął i zaczął przeżuwać.

– A chłopaków tylko przy pełni pilnować musicie? – zapytała starając się nie słyszeć jak dzieciak i jego ojciec co chwilę wciągają smarki i głośno przełykają.

– Ano, tylko – potwierdził chłop i pogrzebał w uchu.

– Wszystkich młodych? – spojrzała podejrzliwie na chłopaka przy płocie, który zaczynał się już trochę ślinić gapiąc się na jej mokrą koszulę przywierającą do ciała. Właściciel wąsów już chciał odpowiedzieć, ale młody zabrał głos:

– Wszystkich, panienko. Wszystkich – puścił do niej oczko. Fiore zemdliło. Wąsaty umilkł dziwnie.

– Dziewka wam jaka nie zaginęła? – dopytała Fiore patrząc młodemu prosto w oczy. Paskudny uśmieszek nie znikał z jego twarzy, ale zrobił się jakby bardziej kwaśny.

– Nie, pani. Poza tym wszyscy zdrowi – odpowiedział znowu chłopak. Fiore uniosła głowę i spojrzała na niego z góry. Zamyśliła się. Rozejrzała po kobietach. Starucha patrzyła na nią dziwnie, a młoda jarzębina spuściła szybko wzrok, gdy jej oczy spotkały się z oczami Fiore. 

– Nie utopił się kto w tym jeziorze? – zapytała.

– Nic nam o tem nie wiadomo. Nikt nie siedzi i jeziora nie pilnuje – odparł wąsaty.

– Hm… Czego upiorzyca od was chce? – skierowała to pytanie ciszej, prosto do młodego czupryniastego. 

– A bo ja wiem? A czego upiorzyce zwykle chcą od ludzi? – zapytał przekrzywiając głowę. Jego spojrzenie prosiło się o rozbicie mu na głowie czegoś bardzo ciężkiego. Chciała powiedzieć wiele rzeczy, ale powstrzymała się. Nie czas na to. Nie teraz.

– My tu wiedźmaka jakiego potrzebujemy. Co tę potworzycę ubije. A nie wścibskiej dziewki – krzyknął jakiś nowy głos, który dochodził zza jej pleców. Odwróciła się powoli. Stał pośrodku drogi kilkadziesiąt kroków za nią. Był wysoki, mocno zbudowany, blady. Jego włosy można by pomylić ze smołą. Obejrzała go sobie od stóp do głów. Przestąpiła z nogi na nogę. Coś tu było nie tak. Wyczuwała to.

– Ciekawie nazywacie dziewkę, która chce wam pomóc – rzekła krótko. – Mogłabym was tu z upiorem zostawić – urwała i powiodła po nich raz jeszcze spojrzeniem. Ale obiecałam królowi, że pomogę. Wrócę z wiedźmakiem – usłyszała cichy pomruk aprobaty. Przyjrzała się temu z tyłu. Skinął jej głową. Przy akompaniamencie brzęczenia muchy wsiadła na konia, zebrała wodze.

– Jak wyglądała? – zapytała, gdy Freya już przestępowała z nogi na nogę.

– Kto? – zapytał znowu wąsaty z niepokojem w głowie.

– Upiorzyca – rzekła ze zniecierpliwieniem Fiore.

– Nie widzieliśmy jej – uciął szybko ten przy płocie. Fiore uniosła brew. Zamruczała coś pod nosem. Zawróciła konia. – Bywajcie – krzyknęła i dała Freyi łydkę. Klacz zatańczyła i wzbiła tuman kurzu. Lekkim kłusem minęła czarnowłosego. Fiore czuła na plecach ich spojrzenia. Zebrała mocniej wodze i przeszła w galop.

***

Pchnęła dłonią drewnianą furtkę. W chodniczku pomiędzy kamieniami wyrastały kępy trawy. Wyglądał jakby nikt go nie używał przez jakiś czas. Zerknęła na grządki, na których spodziewała się zobaczyć zioła. Ale, o ile na ziołach nie znała się jakoś szczególnie, w oczy rzuciły jej się głównie chwasty. Dawno nikt nie pielił tego ogródka. Spojrzała na drzwi. Pozamykane okna. Zbliżyła się do jednego i zajrzała do środka. Wyglądało na to, że w domu nikogo nie ma. Spróbowała otworzyć drzwi. Klamka ustąpiła i ze skrzypieniem otwarły się do wewnątrz. Weszła w mroczną sień.

Całe popołudnie jeździła po okolicy. Rozpytywała po okolicznych domach, przysiółkach i wsiach czy gdzieś nie zaginęła dziewczyna. Jakieś 3-4 miesiące temu. Naoglądała się tylko zmarszczonych czół, jakby ich właściciele próbowali sobie coś przypomnieć, kręcących głów i wzruszeń ramionami. Poobcierała się od mokrego ubrania i, choć było już suche, nadal czuła pieczenie w kilku miejscach. W dodatku, towarzyszyła jej paskudna świadomość, że aromat bagna, który wypełnia powietrze wokół, ma z nią znacznie więcej wspólnego niż by sobie życzyła. 

Gdy raz jeszcze przyjechała nad jezioro napoić Freyę i obiecała sobie, że zaraz potem wróci do Solvang, zwróciła uwagę na maleńką, ledwie widoczną ścieżkę wśród drzew. Podążyła nią powoli i czujnie. To mógł być rzecz jasna ślepy trop, ale przecież ścieżki mają to do siebie, że zwykle dysponują dwoma końcami. Świat powoli zaczynał przybierać pomarańczową barwę. Fiore przeszła dłuższy kawałek i z niezadowoleniem zamierzała przyznać, że trafiła po prostu na ścieżkę wydeptaną racicami saren, gdy nagle ujrzała wśród drzew samotną chatkę o bielonych ścianach. Musnęła koniec miecza żeby upewnić się, że ma go ze sobą. Był na swoim miejscu. Gest był całkiem niepotrzebny, bo czuła miecz na całej powierzchni, którą przylegał do jej pleców i wszystkimi miejscami, w których ją rano poobcierał. Ale jakoś poczuła się lepiej, gdy wyczuła go dłonią.

Stała teraz w sieni domu i czuła, że jej ciało mimowolnie zaczyna lekko drżeć. Słyszała… Słyszała bicie swojego serca w martwej ciszy. Czuła nieprzyjemny zapach, ale w myślach powtarzała sobie, że to nie może być to, co ciało podpowiada jej, że mogłoby być. Lekko, drżącą ręką pchnęła drzwi do izby. Zakryła nos dłonią. W pomieszczeniu panował paskudny smród. Zrobiło jej się niedobrze. Na podłodze leżało to, co zostało po zwłokach kur i kurcząt. Głównie były to szkielety, pierze, zaschnięte łapki i dzioby. Było też sporo fekaliów. Coś intensywnie dobijało się do gardła Fiore od strony żołądka. Weszła głębiej, czuła drżenie na całym ciele. Rozejrzała się nerwowo. Zwłoki drobiu leżały wszędzie. Zrobiła jeszcze jeden krok i w coś wdepnęła, podskoczyła i strąciła ze stołu wazon zasuszonych kwiatów. Pośrodku izby leżał duży worek. Fiore podeszła do niego. Był pusty, ale wnioskowała, że kiedyś mieszkało w nim to, czym kury karmiły się jeszcze przez jakiś czas po zaginięciu ich właścicielki. I najprawdopodobniej wśród zwłok znajduje się i kogut, skoro tyle tu było trupków kurcząt. Nie wiedziała na jak długo wystarczyło im paszy. W zwłokach nie było już robaków. Wyniosły się też, lub padły muchy, których suszki leżały tu i ówdzie przy oknach. Widok kości, dziobów i kurzych łapek podziałał na nią bardziej niż by się po sobie spodziewała. Przeskanowała jeszcze szybko pomieszczenie.

Pod sufitem i na wyższych półkach było pełno było czegoś, co było niegdyś pachnącymi ziołami, a teraz stanowiło przyschłą do półek lub ścian kupkę gałązek i zwiniętych w kuleczki liści. Na półkach stały pozamykane słoje, z karteczkami świadczącymi o tym, że ktoś próbował wyrazić za pomocą pisma co też znajduje się w środku. Przypominało to wiele rzeczy, ale niekoniecznie pismo, które znała. Zlokalizowała jeszcze jedno ze źródeł fetoru, który atakował jej nozdrza z zaciekłością nadepniętej żmii. Misa z zaschniętą białą substancją, która miała wszelkie prawo by być kiedyś mlekiem. I, wnosząc po skisłym aromacie, korzystała z tej opcji. Fiore zastanowiła się chwilę nad tym faktem i stwierdziła, że w obórce po drugiej stronie chaty prawdopodobnie czeka ją jeszcze jedno znalezisko, które nie uczyni jej aury bardziej fiołkową. 

Na blacie leżał zmumifikowany bochenek chleba, a nad kuchnią wisiało coś, co w poprzednim życiu musiało być kiełbasą. Była tego niemała girlanda. Fiore nie była w stanie dociec czym było, zanim zaczęło być kiełbasą. Nie znała się na tym najlepiej. Oceniła jednak, że najprawdopodobniej można by tego użyć jako gwoździ do naprawy ogrodzenia. 

Rzuciła jeszcze raz okiem po porozrzucanych kościach i pierzu. Jedno jest pewne, zielarka, która mieszkała w tej chałupie nie miała kota.

Wzięła głęboki oddech i zajrzała jeszcze do obórki, żywiąc nadzieję, że ewentualne kości, które tu znajdzie nie będą ludzkie. Uderzył ją paskudny zatęchły zapach siana, fekaliów i czegoś jeszcze. Otworzyła drzwi szerzej, jednak trudno jej było coś wypatrzyć w ciemności. Słyszała ciche brzęczenie pojedynczych much. Nie miały już tu jednak najwyraźniej czego szukać. Wyobraziła sobie białe nici robali, które jeszcze niedawno wiły się w czymś, co teraz pozostaje poza jej wzrokiem. Zamknęła drzwi i wyszła na podwórze by zaczerpnąć tchu. Usiadła na chwilę na schodku i wzięła kilka głębokich oddechów. Zrobiło jej się chłodno i zdała sobie sprawę, że słońce musiało już schować się za horyzontem. I naraz zdała sobie sprawę z tego, że zostawiła Freyę przywiązaną do drzewa nad jeziorem.

Nad TYM jeziorem.

***

Biegła przez las co tchu. Pod osłoną drzew zaczynało się robić ciemno. I zimno. To zimno było nienaturalne. Potykała się co chwilę. Nie potrafiła już wypatrywać ścieżki i miała tylko nadzieję, że biegnie w odpowiednim kierunku. Z tyłu głowy kołatała się bardzo nieprzyjemnie szczypiącą myśl, że do tego odpowiedniego kierunku zaczyna ją prowadzić łuna, od której, po zobaczeniu tego wszystkiego, co widziała, miała ochotę trzymać się z daleka. Łuna stawała się coraz wyraźniejsza, a powietrze coraz chłodniejsze. I mrok, który nastawał dookoła był jakby gęstszy niż powinien. Słyszała już przerażające rżenie Freyi. Serce w niej zamarło. Rzuciła się szaleńczo do przodu, dokładnie tam, skąd dochodziło. 

***

Tafla jeziora powolutku zaczynała pokrywać się lodem. W dziwnie szybkim tempie krystalizował na brzegu, posrebrzał trawy, tataraki, ścinał unoszące się na wodzie roślinne dywany. Nad wodą gęstniała biała mgła. 

***

Freya poczuła, że coś tu jest nie tak, jak tylko jej pani znikła w lesie. Złowiła nozdrzami zapach wody, który zaczynał się zmieniać i zdecydowanie nie był już zapachem zwykłej wody. Zarżała kilka razy cicho i niespokojnie. Gdy zaczęło się robić chłodno, a słońce opadało już niebezpiecznie nisko nad horyzont, zaczęła bardziej stanowczo przywoływać swoją panią i przestępować nerwowo z nogi na nogę. Spróbowała szarpnąć wodzami, zaczepionymi o drzewo. Nie chciały ustąpić. Szarpnęła jeszcze kilka razy. Spróbowała obejść drzewo, ale to tylko pogorszyło sytuację. Czuła się teraz jak w potrzasku, zaplątana i przerażona. Przenikliwe zimno wnikało w nią coraz głębiej. A gdy na wodzie powoli zaczęła ścinać się warstewka lodu konik poczuła, że zaraz będzie działo się coś strasznego, w czym zdecydowanie nie ma ochoty brać udziału. 

Spróbowała przekrzywić głowę tak, by złapać w zęby wodze i trzonowcami utorować sobie drogę do wolności. Okazało się jednak, że ogłowie całkowicie jej to uniemożliwia. Struchlała. Szarpnęła jeszcze parę razy i poddała się. Stała przez chwilę ze zwieszoną głową godząc się już z faktem, że sama się nie wyswobodzi. Spojrzała smutno na jezioro.

***

Białe palce zaczęły powoli wynurzać się spod wody. Ich skóra przywodziła na myśl powierzchnię kalafiora. Nie miały paznokci. Za nimi dłoń, nadgarstek, przedramię, łokieć. Dłoń i łokieć znalazły oparcie na tafli lodu, która okrążała już miejsce, z którego się wynurzyła. Powoli spod wody zaczęła wyłaniać się również głowa o ciemnych, mokrych, przykrywających twarz włosach. 

***

Freya zarejestrowała ruch pośrodku jeziora. Zamarła. Pociągnęła nosem i złowiła zapach, którego… nie dało się już odłowić. Panika ogarnęła jej ciało i umysł. Zaczęła głośno rżeć i miotać się przy drzewie. Próbowała stawać dęba, wierzgała tylnymi nogami. 

***

Z wody wynurzyła się druga ręka. 

***

Freya wydała z siebie przeciągły wizg. 

***

Głowa była coraz wyżej nad taflą wody.

***

W płonącej w jej wnętrzu panice Freya zarejestrowała jakiś ruch tuż obok siebie. Ktoś szarpał za wodze przy drzewie.

***

Postać na środku jeziora oparła kolano o taflę lodu. I drugie.

***

Fiore mocowała się w przerażeniu z wodzami. Freya kompletnie je zaplątała wokół drzewa, a potem, jak się szarpała tylko pogorszyła sprawę. Pomyślała o wielu rzeczach naraz. Sztylet! Nie, on chyba nie da rady przeciąć solidnych wodzy! Miecz… Spojrzała za siebie. 

***

Upiorzyca odgarnęła włosy z twarzy i Fiore zobaczyła oko tak niebieskie, jak woda z białodennych jezior w okolicach Argh. I w dodatku wyglądało jakby świeciło własnym światłem. 

***

Zaklęła brzydko. Wyszarpnęła miecz. Przerażona Freya szarpnęła się mocno do tyłu i zaparła kopytami. Fiore wzięła zamach i cięła szybkim, bardzo mocnym cięciem. Paski wodzy puściły i klacz wystrzeliła jakby była suchym ziarenkiem kukurydzy, wrzuconym do ognia. Księżniczka straciła równowagę i zachwiała się. Kątem oka zauważyła jeszcze, że postać właśnie staje na dwóch nogach. Popatrzyła w stronę lasu, gdzie przed chwilą zniknęła Freya. Podpierając się o drzewo wstała.

***

Upiorzyca wyciągnęła dłoń w stronę jasnowłosej dziewczyny na brzegu jeziora.

***

Fiore krzyknęła za koniem i zaklęła brzydko. Obrzuciła jeszcze jednym szybkim spojrzeniem upiorzycę. I gdy zauważyła wzbijający się znad lodu tuman czegoś białego rzuciła się do ucieczki.

Biegła przez chwilę, miecz w dłoni przeszkadzał jej, ale bała się zatrzymać żeby wrzucić go na plecy. Poczuła, że ogarnia ją dziwnie gęste powietrze, w którym zawieszone były kryształki czegoś zimnego, co zaczynało ją obezwładniać. Zrobiła jeszcze parę niemrawych kroków i zatrzymała się. Było jej zimno. Straciła wolę ucieczki. 

…Chodź…

Usłyszała jakby w swojej głowie. Ni to syk, ni to chrapliwe westchnienie. 

…Choooooodź….

Odwróciła się powoli. Zobaczyła białą postać na środku jeziora. Z przerażająco niebieskimi oczami. Poczuła, że nie panuje już nad swoim ciałem, które właśnie zrobiło krok. 

Drugi…

Trzeci…

I nagle, w tej ciszy i oślepiającym świetle, gdzieś jakby bardzo daleko usłyszała tętent kopyt. Freya trąciła ją pyskiem i zarżała, jakby ponaglając. Poczuła jej ciepło. Na jedną, krótką chwilę jej świadomość wróciła do tu i teraz. Złapała za siodło i z wielkim trudem uczepiła się go i poczuła jak ziemia pod jej nogami zaczyna się przesuwać. Próbowała w biegu wspiąć się wyżej. Nie zdołała jednak i opadła bezwładnie na ziemię. 

Tu było cieplej ale wciąż czuła, że świat pędzi znacznie szybciej niż jej myśli i ruchy. Poczuła przy sobie Freyę. Zobaczyła jak koń kładzie się przy niej. Wpiła dłonie w jej grzywę, przełożyła nogę przez grzbiet zwierzęcia i przywarła do niego mocno. Zakręciło się jej w głowie, gdy Freya podniosła się na nogi. Po chwili poczuła miarowy ruch jej ciała i straciła przytomność.

Ciąg dalszy nastąpi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s