Jezioro skute lodem cz. 2

Druga część opowiadania „Jezioro skute lodem”, w którym księżniczka Fiore wącha onuce i pachy, a pantofelki piją jak wściekłe.

Leżała na łożu w swojej komnacie i rozmyślała. Wciąż była trochę pijana. I poruszona. Naprawdę byłaby gotowa posiąść go na tym koniu. Kasztanka Freya miałaby jej to wprawdzie poważnie za złe, a i przyjemność, jak można by się było spodziewać, byłaby wątpliwa. Mogłoby to przypominać próbę ustania na pośladkach na pieczonym indyku wyłożonym na świątecznym stole, który ma koła i właśnie toczy się po brukowanej uliczce. Niewątpliwie dobrze się stało, że zachowała resztki zdrowego rozsądku. Ale wiosenna kotka w jej wnętrzu fukała teraz obrażona i odwracała się w jej stronę ogonem. 

Zwinęła w kłębek. Wiedziała, że powinna się wyspać. Obiecała ojcu, że rano zastąpi go w wysłuchiwaniu skarg i zażaleń oraz próśb mieszkańców królestwa. Dwa razy w tygodniu ojciec poświęcał kilka godzin na spotkania ze swoimi podwładnymi. Jeden dzień miał dla arystokratów, dworzan, właścicieli ziemskich i bogatych handlarzy. Słowem, dla ludzi, którzy głośno stukali obcasami po zamkowych posadzkach, roztaczali wokół siebie woń kwiatów, tudzież rzadkich alkoholi, mieli na czołach zmarszczki od nieustającego dziwienia się i usta zwinięte w dzióbek od nader częstego cmokania. Drugi dzień przeznaczony był pospólstwu, obdarzonemu niewątpliwie pachami i stopami, co dało się poczuć na odległość, naturalnie spieczonym słońcem gębuchami i fryzurami, naturalnie wymodelowanymi trudami nocy. Ten podział dawał szansę obu grupom wypowiedzenia swoich trosk, bez stwarzania niedogodnej sytuacji by jedni drugich musieli oglądać i wąchać. Fiore trafić się miała ta gorsza, pod względem doznań zapachowych opcja. Aczkolwiek wolała po prawdzie problemy tej biedniejszej części społeczeństwa. Były jakby prawdziwsze, mniej wyuzdane, niosły ciekawsze scenariusze. 

Gdy zastanawiała się nad dniem jutrzejszym jej powieki zrobiły się bardzo ciężkie. Nie wiedziała nawet kiedy jej myśli się urwały, oddech zwolnił, a ciało zrobiło ciężkie i wiotkie.

***

W sali tronowej pachniało stopami. Nie był to zapach dławiący, piekący w oczy czy sprawiający, że uszy stawały się jakby mniej wrażliwe na dźwięki. Nie pozwalało na to stężenie, gdyż wysokie ściany kryły w sobie na tyle dużo powietrza, że nawet, jeśli któryś z chłopów przyniósł ze sobą zapach stóp lub gnoju w koncentracie, ten rozpuszczał się w potężnej komnacie. A może po prostu cieplejsze powietrze niosło go ku górze? Fiore poświęciła chwilę by się nad tym zastanowić. 

Zasiadła na tronie już po śniadaniu (i nadal jeszcze, a słońce stało już wysoko nad horyzontem, żałowała, że zjadła nawet i ten skromny posiłek). Do tej pory udało się jej przyjąć już tuzin osób z okładem. A za drzwiami czekali kolejni. Szczęśliwie, nie musiała przyjąć dziś wszystkich. Dodatkowo, na placu przed wejściem głównym do zamku rozstawione były stoły, za którymi siedzieli dwaj urzędnicy, specjalnie do tego celu wyselekcjonowani (co oznaczało w tym przypadku odrobinę słabszy zmysł powonienia) i wysłuchiwali wstępnie z czym przyszli chłopi i drobni mieszczanie. Najłatwiejsze sprawy (głównie związane z wypłatą pomniejszych odszkodowań, zapomóg, z namaszczenia króla, rozwiązywali sami. Do Fiore trafiały więc przypadki bardziej osobliwe, trudniejsze lub beznadziejne. 

Przed jej oblicze przybyła na przykład stara kobieta z kurzajką na dziwnie zakrzywionym nosie, w szeleszczącej czarnej spódnicy i kaprawym okiem, z dwojgiem zahukanych i bardzo struchlałych, brudnych dzieci. Powiedziała, że udało się z nich wyciągnąć, że zwą się Jane i Margretta. Opierniczyli jej kawał chałupy, który w pocie czoła wybudowała z rozmaitych smakołyków, pomagając sobie odrobinę czarami. Jak przez kolano przełożyła i parę razy natłukła i nastraszyła, że rosół z nich gotować zaraz będzie, to zaczęły w głos płakać, że ojciec je w lesie zostawił na pastwę wilków, głodne były, a że tak pysznej strawy to jeszcze nigdy nie jadły, to gotowe nawet w rosole żywota dokonać, tylko byle im pozwoliła jeszcze trochę tego czegoś pojeść. 

– No i żal mi się tej dwójki Pani Królowo zrobiło… A  jakbym tego łachudrę, co dzieciaki z domu wypędził znalazła, to bym zaraz z niego rosół ugotowała! – skrzeczała potrząsając nosem i kurzajką.

Choć po chwili przyznała również, że mięsa to ona szczególnie nie jada, bo zwierzaki lubi to jej szkoda. A do czarów używa tylko jak znajdzie co padłe w lesie. 

Przywiodła dzieci przed oblicze królewskie, bo po prawdzie to ona dzieci nie lubi i nie chce żeby jej się pod nogami kręciły, ale szkoda też na pastwę wilków w lesie zostawiać. Myślała, że może do sierocińca jakiego, ale i tam ich jej było szkoda na zmarnowanie. To może rzemieślnik jaki weźmie, a może ktoś rozpytywał o dzieci. 

Fiore posiedziała dłuższą chwilę w milczeniu, myśląc gorączkowo. Jak często jej ojcu zdarzały się takie przypadki i co z nimi robi? Postanowiła rozwiązać tę sprawę sama, później. Dzieci oddelegowała z Marylą do kuchni, żeby je nakarmić i umyć. Wiedźmę zapytała czym może jej odpłacić za jej dobre serce, ale ta nic nie chciała i powiedziała, że zabierając jej tych dwoje szkodników największą jej radość czyni. Fiore miała mocno ambiwalentne odczucia czy dobrze postąpiła. Problem nie był wszak rozwiązany, a jedynie przemieszczony i siedział właśnie w zamkowej kuchni. Miała nadzieję, że nie będzie nadmiernie żarłoczny.

Wysłuchała trzech chłopów, którzy wywiedzieli się, że w okolicy grasował smok i po zadośćuczynienie przyszli, a każdy z powodu nieco innego. Jednemu gad z pewnością córkę uprowadził, bo zniknęła nagle. A na ratunek jej ruszył chłopak sąsiada, co to mieszka trzy domy dalej, i do tej pory ani córka, ani chłopak nie powrócili. Byli już z widełkami po lasach popatrzeć z chłopakami ze wsi, czy tam smok gdzieś leża swego nie ma, ale po prawdzie to nic nie znaleźli. Pewnie łajza uleciał z dziewicą, a po chłopaku też śladu nie ma. Może go w lesie gdzie napadli. Przyszedł i kowal z tej samej wsi, że smok musi porwał jeszcze jego konia, bo jednego dnia był, a następnego dnia już nie było. A to był jedyny we wsi. Trzeci chłop najbardziej był strapiony, bo smok widać córkę jedyną jego, Marynkę wprawdzie oszczędził od porwania, ale wychędożył i z brzuchem teraz chodzi. 

Fiore spokojnie wysłuchała ich barwnych opowieści, po czym rzeczowo wytłumaczyła, że choć smok rzeczywiście srogie spustoszenie siał na traktach i dziurę potężną wygryzł w zapasach bimbrowniczych królestwa, a i podobno i parę sikorek wyziewami swymi zdusił i wiewiórkom poważnie zaszkodził, to obawia się, że niewiele miał wspólnego z ich problemami. Wyjaśniła, że z przyczyn technicznych dziewek chędożyć nie może, a już na pewno dziewka nie uszłaby z takiego aktu cało. Poradziła by zaczekać na dzień, gdy córka dziecię powije i przyjrzeć się mu czy oby łuskami lekko nie pokryte i czy siarką od niego nie cuchnie. A nade wszystko, czy będzie się kończyło ogonem, czy dwoma różowymi pośladkami. W pierwszym przypadku, zaprasza ponownie, w drugim radziłaby zaczekać jeszcze trochę i przyjrzeć się czy oby dziecię do któregoś z sąsiadów trochę nie podobne. A na przyszłość, wysłać dziewczynę do najbliższej wiedźmy, która w odpowiednim czasie jakiś odpowiedni napar uwarzy. 

Większy problem miała z dwoma poprzednimi. Jeśli powie przy kowalu, że ojciec zaginionej pewnie w głębi duszy wie co się stało z jego koniem, tamten zaraz się zacznie żołądkować, że ma mu pieniądze oddawać. Ale przecież chłopina i tak ma ciężki los. Córka zwiała najpewniej z chłopakiem sąsiada, zabrawszy jeszcze może jakieś oszczędności z zakopanej w ogrodzie skarpety, kto wie czy spiżarnię niemało przetrzebiła, żeby mieli co jeść po drodze.

Po dłuższej chwili namysłu kowalowi kazała za konia wypłacić odszkodowanie, a chłopa, który stracił córkę zapytała czy nie zechciałby w ramach ukojenia żalu, przygarnąć dwójki sierot, które czeka w przeciwnym razie smutny los. Twarz chłopa przybrała wyraz jakby zjadł coś bardzo kwaśnego lub cierpkiego. Szybko sobie przypomniał, że musi jeszcze kozę wydoić i bardzo się spieszy. 

Przyszła i jedna dziewka błagać o pracę, bo  z domu uciekła, jak ją ojciec chciał za jakiegoś starego paskudę wydać, który przyobiecał za nią cztery kury i małą kozę. Rozgoryczona była jak dziecko, któremu obiecano, że dostanie ciastko, a potem dano mu jaglano-marchewkową muffinkę bez cukru. Szczerą nienawiść do ojca wyznała tyle razy, że Fiore miała już wrażenie, że coś stało się z czasem i utknęła w jednym, bardzo konkretnym jego momencie. Dziewka ze łzami w oczach prawiła jak to w mieście od dwóch dni roboty szuka, rozpacz jej sięgnęła tak wysoko, że rzadko który ptak się już w takie rejony zapuszcza. Rozpłakała się. Księżniczka zapytała ją co umie robić. Dowiedziała, że dziewka jako tako szyje, skubać gęsi i kury umie. Proste prace domowe całkiem niezgorzej jej wychodzą. Do kuchni ma dwie lewe ręce i nawet wodę przypalić potrafi. Za to podłogę potrafi utrzymać tak, jak kot swoje futro. – Albo jakby miał z niej kto podać świąteczny obiad – dodała po chwili, bo nie widać pewna czy księżniczkę przekonało poprzednie porównanie. 

Fiore zamyśliła się. Nie była przekonana, że w zamku ktokolwiek jest jeszcze do roboty potrzebny. Poradziła się niemym spojrzeniem skryby, który wszystko skrzętnie zapisywał i zobaczyła tylko jego wzruszenie ramion. Serce zmiękło jej jednak, gdy dziewka prosto jej w oczy spojrzawszy rzekła: 

– Jaśnie Przenajwyższa Pani Królowo, jak mnie Pani Królowa nie ocali to… – ściszyła głos – chuj mnie jasny z samiuśkiego nieba trafi i będę chyba żyć jako krowa, bo nawet w zamtuzie mnie nikt nie zatrudni, bo mi ojciec zawsze gada, że jak rozdawali urodę to ja stałam chyba po szczękę do łupania orzechów. 

Nagle jak plamy od wina na świątecznym obrusie wykwitły w księżniczce serdeczne uczucia wobec tej dziewczyny. Kazała ją zaprowadzić do kuchni i nakarmić. Wymyć i odziać. I… żeby ktoś jej znalazł robotę. Na początek może zacząć z miotłą. A potem… nałupać orzechów.

Przyszła też delegacja trzech chłopów, którzy mnąc czapki, nie śmiąc spojrzeć w oblicze księżniczki, jeden przez drugiego zdawali relację, że niedaleko wsi, nad jeziorem pojawiło się co strasznego. Jakaś siła nieczysta i mroku tak pełna, jakby piwniczka pogniłych ziemniaków. O wiedźmina rozpytywali żeby sprawę zbadał, bo to chyba co gorsze niż zbóje jakie. Nocami łuna dziwna bije od jeziora, lodem stamtąd wieje. A przy pełni księżyca synów ich trzeba nocami pod kluczem trzymać, bo jak wilki wyją i nad to jezioro chcą leźć. 

Fiore poczuła się sprawą bardzo zaintrygowana. Dopytała gdzie szukać tego jeziora i przyobiecała im fachowca wysłać. Skinęła na skrybę by dokładnie zapisał nazwę jeziora i wsi oraz jak tam dotrzeć.

Tradycyjnie przyszło jeszcze kilku chłopów prosić o zapomogę na edukację swoich dzieci, które zrządzeniem losu urodziły się z rozmaitymi talentami i czasem zwyczajnie szkoda ich zmarnować, a czasem próba zmarnowania takiego talentu może skończyć się płonącą stodołą, tańczącymi przy pełni księżyca krowami, kurą zmienioną w małego pterodaktyla czy zamianą nosa brata w świński ryjek. Nakazała więc skrybie zanotować dokładnie jakie te dzieci mają talenty, ile na początek pieniędzy potrzebują i dokładnie zapisać, gdzie stoi ich dom, by urzędnik mógł się tam wybrać z inspekcją zanim stypendium dziecku przydzieli i zaproponuje odpowiednią szkołę. Pieniądze miały rzecz jasna trafiać nie do rodziców (poza tą częścią by dziecko przygotować na wyjazd), a bezpośrednio do szkół, gdzie dzieci talenta swe miały rozwijać. 

O tym, że dzieci o wybitnych zdolnościach nietypowych należy czym prędzej zabrać od rodziców i umiejętności ich okiełznać, przekonała się z jeszcze jednej historii, która spadła na nią wówczas, gdy tyłek poważnie zaczynał jej drętwieć od tronu. Przed jej obliczem stanął skwaszony, śmierdzący mokrym pierzem starzec, z włosami ciekawie ufryzowanymi w grzebień na czubku głowy. Głos miał skrzekliwy i gdaczący. Okazało się, że nie bez przyczyny, bo… do niedawna radośnie był sobie kogutem. Miał jednak tego pecha, że córka gospodarza, u którego ładnych już parę wiosen kury po obejściu ganiał. Dobrze mu było, ciepło, zawsze było co pojeść i pochędożyć. Tymczasem głupia pannica, co to całe dnie kwiaty wącha i kury przytula, umyśliła sobie go całować, prosić, by jej się w pięknego młodzieńca zmienił, co ją z tego padołu łez porwie i będą żyli długo i szczęśliwie. I jak go tak zaczęła całować wydarzyło się wiele rzeczy na raz. Nie dość, że los zamiast zadrwić sobie z jej próśb postanowił wziąć się do rzeczy i koguta w chłopa zmieniać, to jeszcze kiepski widać słuch miał, bo zamiast go w młodego, prężnego i jurnego przeobrazić, to zrobił z niego starego dziadygę (bo kogut wszak już nienajmłodszy). Chłopina o koguciej aparycji zły był z początku okropnie, ale potem oczy mu łzami zaszły, gdy opowiadał, jak dziewucha się go zlękła jakby zobaczyła diabła moczącego żyć w mleku. Hałasu narobiła, lamenty do nieba wzniosła, ojca tym wszystkim przywołała, ale słóweczkiem się nie zająknęła, że to ich stary kogut. Ojciec więc jak zobaczył starucha nagusieńkiego jak ostrugana marchewka zaraz za widełki złapał i przepędził. A on musiał tak przez wieś biec dyndając… Fiore powtrzymała go przed dalszą opowieścią o szczegółach. Najważniejsze, że chłop nie miał się gdzie podziać, a i pracy żadnej wykonywać szczególnie nie potrafił, bo większą część życia spędził jako kogut. I z chęcią spędzałby tak sobie dalej. 

Fiore zmartwiła się srodze. Dopytała o szczegóły położenia chaty, by wysłać tam kogoś, kto upewni się, że dziewczyna trafi do szkoły magicznej, albo chociaż do jakiejś wiedźmy na praktykę. Lub że chociaż przestanie całować zwierzęta domowe. Nie miała pojęcia co zrobić z byłym kogutem, obawiała się również o jego skłonności pielęgnowane przez całe kogucie życie. Mógłby się może sprawdzić jako herold, albo… albo… może ochroniarz portowych prostytutek? 

Księżniczka poczuła, że głowa jej zaraz eksploduje. Zerknęła na chłopa, który przypatrywał jej się uważnie jednym okiem mrużąc drugie, i z głową zwróconą do niej niemal bokiem. Nie była pewna czy potrafi znaleźć kogoś by go odczarować. I przyrzekła sobie, że musi znaleźć czarodziejkę, która podejmie pracę na zamku. Może nie Małgorzatę, bo zbytnio to byłoby ryzykowne. Ale jakąś na pewno. Bez czarodziejki w tym kraju ani rusz. 

Zapytała czy za skromne wynagrodzenie i jakiś przyjazny kąt (zdążyła się ugryźć w język zanim na jej ustach wykrystalizowało się słowo “kurnik”) podejmie się ochrony portowych prostytutek, przynajmniej dopóki nie znajdzie kogoś, kto na powrót uczyni go kogutem. Choć, gdy wypowiadała te słowa zastanawiała się czy to w ogóle możliwe. Wszak, nie da się go odcałować, a nie była pewna czy w całym królestwie znalazłaby się choć jedna utalentowana magicznie kura, która zechciałaby go pocałować i wygdakać antyzaklęcie. Po dłuższym zastanowieniu, pokroczeniu po sali tronowej i grzebnięciu kilkakrotnie, były kogut wypiął w końcu dumnie pierś i przystał na propozycję. Po czym zapytał:

– A co to takiego te portowe prostytutki?

Ciąg dalszy nastąpi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s