Pół królestwa cz. 4

Część czwarta pierwszego opowiadania z cyklu „Pół królestwa”, w której Fiore jest poważnie wkurzona i nie zamierza się patyczkować.

Dźwięk jej kroków wypełniał salę tronową. Szła powoli, pozwalała im wybrzmieć, a i myślom w głowie poukładać się trochę lepiej. Dzień był słoneczny, więc przez wąskie okna wpadały do środka snopy światła, podświetlając kurz wirujący w powietrzu. Wnętrze sali było utrzymane w jasnej, piaskowej tonacji, a tu i ówdzie przy filarach wisiały turkusowe, długie chorągwie z herbem Scafell Pike – syreną w koronie, dzierżącą miecz, na tle morskich fal. Po bokach, na ścianach między wysokimi oknami wisiały obrazy w hebanowych i białych ramach, a wnęki rozświetlały świece osadzone w czarnych, prostych świecznikach. Przed nią, na końcu sali, na pobielanym tronie przywołującym na myśl fragment łodzi, siedział pan ojciec, a w dole, poniżej schodków, z których spływał turkusowy dywan, stała postać w czerni. Ojciec wstał i wyprostował się cały czas obserwując ją z miną nie zdradzającą absolutnie niczego. Postać w czerni powoli odwróciła się i utkwiła w niej spojrzenie. Fiore zaszczyciła jegomościa swoim tylko na krótką chwilę. Na tyle krótką by nie dać mu satysfakcji, że jakkolwiek ją interesuje, ale na tyle długą, by stwierdzić, że jest przystojny. Wysoki, ale nieprzesadnie, szczupły, z roztrzepaną czupryną lekko kręconych, jasnych włosów. Przyjemną linią kości żuchwy.

Teatralnym krokiem przeszła obok niego i zatrzymała się odrobinę bliżej tronu niż on. Skrzyżowała przedramiona na brzuchu i powiódłszy spojrzeniem po fresku przedstawiającym zamek na skale podczas potężnego sztormu, który zdobił ścianę za tronem, spojrzała ojcu prosto w oczy. 

– Wzywałeś mnie, ojcze – powiedziała sucho, gdy milczenie przedłużało się znacząco. Czuła na sobie wzrok nieznajomego.

– Tak, Fiore. Poznaj pana Christiensena – skinął głową na przybysza. – Panie Christiensen, oto moja córka, księżniczka Fiore. 

– Witaj, księżniczko – powiedział mężczyzna, a głos miał łagodny, co tylko bardziej ją rozsierdziło.

– Czy dowiem się o co chodzi, ojcze? – zapytała zniecierpliwiona. Ojciec zmrużył oczy. Tak, odziedziczyła po nim ten gest. Miał około pięćdziesiątki. Trzeba mu było oddać, że był przystojnym mężczyzną. O twarzy nieco melancholijnej, poznaczonej troskami, bruzdami zmarszczek wokół oczu z opadającymi kącikami, w przyjemnym, stalowym kolorze. Pionowe zmarszczki po bokach twarzy czyniły ją pogodniejszą i ładnie się układały, gdy się uśmiechał. Miał niezbyt długą, siwawą bródkę, włosy krótkie po bokach i dłuższe na górze i z tyłu. Tu i ówdzie dało się zauważyć pasemka siwizny. Ubrany był na czarno, jak od dwudziestu lat, kiedy to odeszła jej matka. Wiele kobiet dałoby się pokroić byleby spojrzał na nie tymi swoimi pełnymi smutku oczami. Podpisałyby pakt z samym diabłem żeby móc zostać towarzyszką jego życia. Albo spędzić z nim chociaż jedną noc. 

– Pan Christiensen przyjechał do nas z dobrą nowiną, kochanie. 

– Jak dla kogo – wycedziła pod nosem Fiore. Pozwoliła jednak ojcu mówić.

– Smok, który sen z oczu spędzał handlarzom bimbru i szynkarzom, rozbój na traktach czynił i na szkodę wielką królestwo narażał, jest już nieszkodliwy – powiedział spokojnie i patrzył na jej twarz badawczo. – Pomyślałem, że cię to zainteresuje.

– O – odrzekła beznamiętnie Fiore. – A, teraz, jak rozumiem za ubicie potwora nagrody ów jegomość oczekuje, którą łaskaw byłeś wyznaczyć. 

Ojciec już chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliła mu na to. – Łeb smoka przywiózł? – zapytała głośniej.

– Nie – odpowiedział i urwał na chwilę, nadal bacznie jej się przyglądając.

– Ach tak. Łba wprawdzie nie przywiózł, ale na piękne oczy mamy mu wierzyć, że potworę usiekł, męstwa swego i zmyślności dowodząc. I teraz, do samego króla przyjechał zapewnić dobrotliwie, że bestia już nikomu narażać się nie będzie. A może, skoro łba nie ma, to po dobroci udało się gadowi wyperswadować, że napadanie na handlarzy procederem jest krzywdzącym i złym i dusza jego potępioną będzie i lepiej żeby zaniechał, głowę pokłonił, pokutę poczynił i żył dalej długo i szczęśliwie – snuła domysły Fiore. Ton jej głosu był dość spokojny, ale uszczypliwy i widać było gołym okiem, że złość w niej wzbiera. 

– Fiore… – próbował wtrącić się ojciec.

– A ty, ojcze, uwierzyłeś temu dobrotliwemu głosowi i miłej twarzy i za nic nie obchodzi cię jak to naprawdę z potworą było? – zaczynała przyspieszać i głos drżał jej lekko. – Może w takim razie zechcesz uwierzyć i mnie, bez szczególnych dowodów, ale przez wzgląd na pokrewieństwo, że masz przed sobą parszywego kłamcę, który palcem tego potwora nie tknął… (Oby! Cholera jasna! – dodała w myślach Fiore)… A z potworem rozprawiłam się sama, nie czekając na oszustów, zachęconych twoją wspaniałomyślną propozycją i kuszącą nagrodą! – coś w niej już wrzało i zaczynało bulgotać.

– Fiore… – ojciec spróbował jeszcze raz.

– Jakkolwiek nierzeczywiście by to nie brzmiało, ale łasy jesteś widzę na bajeczki, ojcze, więc ci opowiem, pojechałam się z potworem rozmówić, dowiedziałam o klątwie, która na nim ciążyła i pomogłam mu tę klątwę przełamać. Pomogła mi w tym wiedźma żyjąca nad jeziorem Loch Leven, więc jeśli ktokolwiek miałby nagrodę otrzymać to ona! A nie widzę żeby pan Christiensen miał duży biust, długie ciemne włosy i naręcza koralików na przedramionach! – Drżała mocno i czuła, że traci nad sobą panowanie. Zdawała sobie sprawę jak to wszystko głupio brzmi, w jak kiepskim jest położeniu. Miała ochotę odwrócić się w jego kierunku i przywalić mu w tę ładną buźkę, cwaniakowi. I czuła, że jeszcze chwilę i chyba to zrobi.

– Fiore! – krzyknął ojciec. Drgnęła i utkwiła w nim wzrok. Dyszała ciężko. – Może pozwolisz mi dojść do słowa? – zapytał spokojniej.

– Chcesz oddać połowę królestwa komuś, kto przyszedł ci opowiedzieć bajeczkę? Dobrze, oddawaj sobie komu chcesz. Ale ode mnie… łapska… precz… panie… Christiensen – wrzasnęła ściskając pięści i odwróciła się do niego gwałtownie. Utkwiła płonące spojrzenie w jego twarzy. Cała się trzęsła od emocji, miała ochotę mu przywalić, pięść była w absolutnej gotowości, czekała tylko na rozkaz. 

On był spokojny jak ocean w czasie ciszy. Na jego twarzy powoli wykwitł pobłażliwy uśmiech. Gdzieś w głębi, pod rozedrganą falą gniewu zauważyła, że to bardzo ładny uśmiech. Obok ust po prawej stronie robił mu się uroczy dołeczek. 

– Coś ty za jeden – zapytała cicho.

– Nie myślałaś kiedyś żeby spróbować robić lepsze pierwsze wrażenie na nowo poznanych osobach? – uśmiechnął się szerzej.

Fiore spojrzała mu głęboko w oczy, zdążyła jeszcze zauważyć, że całkiem ładne ma te oczy.

Takie… nieprzyzwoicie… niebieskie. Zawiesiła się.

– Dobrze cię znowu widzieć – powiedział ciszej. Wyprostowała się.

– To ty, paskudo jedna! Czemu nie siedzisz ze swoją wiedźmą? – przestąpiła z nogi na nogę. Była oszołomiona, stała z rozchylonymi ustami i ściągniętymi brwiami. Pokręciła głową i nie pozwoliła mu nic powiedzieć. Odwróciła się w stronę ojca, palcem celując w Reinmara.

– Co on ci nagadał? Czy ty wiesz, że masz przed sobą tego cholernego smoka, który najpierw poważnie nadwyrężył zasoby bimbrownicze tego kraju, a teraz kombinuje jak tutaj położyć łapska na królestwie i… – urwała. Poczuła się całkowicie zmieszana. Co też ten cholernik sobie wykombinował? Stwierdził, że trzeba chwytać okazję i skoro nagroda jest, to trzeba sobie ją wziąć? 

– Wiem, Fiore – odrzekł sucho ojciec. Zaciskając usta. – Wyobraź sobie, że od pewnego czasu próbuję się przebić do ciebie z tą informacją.

Księżniczka zamarła. Teraz nie rozumiała już kompletnie nic. Popatrzyła na ojca nieufnie. Zerknęła na Reinmara. Przeskanowała go wzrokiem z góry na dół i zapytała cicho, poruszając bezdźwięcznie ustami:

– Strój kominiarza?

Wzruszył tylko ramionami. 

– Pan Christiensen przybył właśnie żeby mi opowiedzieć tę historię, którą przed chwilą tak dosadnie streściłaś. Poinformował, że dawna… przyjaciółka – zdecydował się w końcu ojciec – rzuciła na niego klątwę, a ty zatroskałaś się jego losem i zdecydowałaś się mu pomóc. Powiedział też, że z twoją pomocą wszystko się udało – urwał. Wyraz jego twarzy był lekko zakłopotany ale dobrotliwy. 

Fiore milczała. Każda część jej ciała mówiła jej właśnie dosadnie, że zrobiła z siebie idiotkę. 

– Oczywiście, żyjąc na tym świecie nie od wczoraj i mając już za sobą wiele rozmów z miłymi jegomościami, którzy próbowali mnie oszukać, zażądałem by przedstawił mi dowód na to, że był wcześniej smokiem – kontynuował, a Fiore poczuła, że mówi to z lekkim wyrzutem, że miała go za takiego idiotę. – Okazało się, że ma świadka, który może to potwierdzić. 

Utkwiła w nim pytające spojrzenie. Król skinął na strażnika, który poszedł do bocznych drzwi. Chwilę to trwało, a Fiore starała się gorączkowo myśleć co też umyślił sobie ten parszywy były smok. Ma za niego wyjść? Po jej trupie! I co się stało z Małgorzatą?

Za drzwiami stał Waldemarf. Wszedł powoli, mnąc czapkę w dłoniach. Spojrzał Fiore w oczy i struchlał. Skurczył się o dobre dwa rozmiary. Oj z nim też się policzy…

– Topornik Waldemarf klnie się na swój honor i majątek, że pan Christiensen podczas ostatniego ich spotkania był trochę wyższy i bardziej gadzi z gęby – ciągnął ojciec.

Fiore nie rozumiała. Skąd niby Waldekf miał wiedzieć, że Reinmar był smokiem? To się nie trzymało kupy. 

– Zapłacił ci? – zapytała niedowierzająco i z narastającym uczuciem pogardy.

– N… n… nie, Jaśnie Pan…. nienko… – wydukał Topornik. – Przyszedł, powiedział, że był tą potworą, to go wpierw wyśmiałem. Ale jak mi powiedział, że kto inny znałby fakt, że mieliśmy spotkanie twarzą w twarz w Vaginicy… Też mu do końca nie uwierzyłem, pomyślałem, że Jaśnie Panienka puścić mogła komu parę z gęby… – wił się w tłumaczeniach jak piskorz. – Ale… Ale jak mi dodał, że kto inny znałby fakt, że mi na te trupie beczki nasikał… tom już wiedział, że to ten łachudra – dokończył szybko. 

No tak, fakt, że smok obszczał beczki, a kto wie, może i Waldemarfowi się strumieniem oberwało, Topornik jakoś przed nią zataił. 

Zapanowała cisza. Gdzieś w tej ciszy brzęczała mucha, dało się też słyszeć cichutkie posapywanie Topornika. 

Ojciec spojrzał na Fiore surowo. 

– Poszłaś sama na smoka. Co też ci przyszło do głowy? – zapytał po części zły, po części strapiony. 

– W przeciwnym razie oddałbyś mnie za mąż jakiemuś losowemu durniowi! – krzyknęła.

– A jaki dureń poszedłby na smoka?! – obruszył się ojciec. Podziękował Waldemarfowi za jego pomoc i skinął na sługę by go wyprowadził. Po chwili namysłu podziękował również Reinmarowi i poprosił by ten zostawił ich samych. Mężczyzna ukłonił się nisko i odwrócił w kierunku Fiore. Ukłonił się lekko. Popatrzyli sobie w oczy. Długim, przeciągłym spojrzeniem. Wyprostował się, jeszcze raz spojrzał na króla, na księżniczkę i wyszedł. W oczekiwaniu na dźwięk zamykanych drzwi Fiore studiowała fresk i dwa snopy światła przeświecające przez chmury i padające na pogrążony w chaosie krajobraz. Jaśniał fragment zamku i skały, nad którymi kłębiły się niespokojne chmury o granatowych brzuchach. Dostrzegła na jednej z fal statek o białych żaglach.

 – Fiore – zaczął łagodnie król po dłuższej chwili. – To był slogan, który miał pokazać ludziom, że coś z tym cholernym smokiem robimy. Nie oddałbym cię losowemu, jak mówisz, durniowi – zaakcentował.

Białe były też grzywy fal, które groźnie piętrzyły się wokół statku.

– Po prawdzie to i nieszczególnie w tego smoka wierzyłem. Bo kto w tych stronach smoka widział! – urwał.

Zauważyła też czarnego jak noc konia, który piął się skalistą ścieżką w górę, w stronę zamczyska. Jeźdźcem była postać w czarnym płaszczu.

– Ale władca musi odpowiadać na potrzeby swojego ludu. Musiałem coś wymyślić, a to… A to przyszło mi do głowy naprędce, bo przecież czy nie tak załatwiało się sprawy ze smokami, w literaturze pięknej? 

– W literaturze pięknej?! – ofuknęła go Fiore, którą wyrwał tym durnym stwierdzeniem z zamyślenia. – A czy przyszło ci do głowy, że jeśli smoczydło okaże się jednak prawdziwe, to ktoś się może pofatygować żeby go ukatrupić?

Była zła.

– Przyszło. Ale spróbować smoka ukatrupić, a być przy tym skutecznym, czyni wielką różnicę – zauważył. – Och, Fionka… – podszedł do niej i objął ją ramieniem. Zmiękła trochę gdy nazwał ją w ten sposób. Ujął jej twarz pod brodę i popatrzył w oczy. – Jesteś moją jedyną i najukochańszą córeczką. Wiesz o tym. 

– Wiem – powiedziała niechętnie. 

– Nie skrzywdziłbym cię. I nie naraził na krzywdę. Ty za to jak zawsze doskonale potrafiłaś znaleźć kłopoty żeby się w nie władować – powiedział z lekkim wyrzutem.

– Ale sobie poradziłam – przyznała z wciąż chmurną miną.

– O tak. Jak zawsze. Na cztery łapy – zamyślił się. 

Fiore wywinęła się z jego uścisku. Popatrzyła na drzwi. 

– A teraz? Co z nim zrobisz? – wskazała brodą drzwi, za którymi zniknął Reinmar.

– Co to znaczy, co z nim zrobię? – nie zrozumiał ojciec.

– No… Nagroda, tatku? Wszak poniekąd, pozbył się potwora. No i, jak rozumiem przylazł po nagrodę?

– Można tak powiedzieć – powiedział tajemniczo ojciec. Fiore obdarzyła go pytającym spojrzeniem. – Poprosił o nowe, porządne buty. I strój. O trochę drobniaków na nowy życiowy start. I czy mógłbym mu użyczyć jakiś kąt w mieście żeby mógł tu przez jakiś czas pomieszkać zanim stanie na nogi… – urwał król. 

– A pół królestwa i…? – zapytała Fiore. W sumie, zdała sobie sprawę, że ciekawiło ją bardziej jego podejście do jej… ręki.

– Ano… wyobraź sobie, że nie był tym zainteresowany. Dopytałem nawet bo… – nie dokończył. Odchrząknął. – Wiesz, uczciwych ludzi teraz tyle, co na lekarstwo, a on jednak przyszedł i wszystko po prawdzie powiedział.

– Uczciwych? – zapytała Fiore. – Rabowanie bimbru na duktach to uczciwe zajęcie?

– Nie o to mi chodzi – zaśmiał się ojciec, gdy odzyskał głos po chwili osłupienia. 

– Co to znaczy “nie był tym zainteresowany”? – dopytała niby od niechcenia.

– Rządzeniem królestwem. Mówi, że taki z niego lekkoduch raczej. Szukający przygód, świat go ciągnie – wymieniał.

– No i ma dziewczynę – zgadła Fiore. Ojciec popatrzył na nią uważnie. Zarumieniła się lekko. Odpędziła od siebie jakąś myśl. Wzruszył tylko ramionami. Przytuliła go mocno. Czuła się dziwnie. Gdzieś z głębi niej wypływał jakiś nieokreślony smutek. Niby powinna się cieszyć i cieszyła się nawet. A jednak…

***

Wyszła na zachodni dziedziniec przed zamkiem. Skinieniem odprawiła strażników sprzed drzwi. Chciała tu chwilę pobyć sama. Jeden z nich już otwierał usta by coś powiedzieć, ale uciszyła go i powtórzyła by ją zostawili. Ze zmieszanymi minami weszli do środka i zamknęli za sobą drzwi.

Spojrzała na płaczącą syrenkę Solvang i pomyślała, że to głupie. Jakby chciał ją posiąść za żonę wbrew jej woli byłaby na niego wściekła. Ale jak nie chciał ani trochę… Cóż, też była na niego trochę zła. No bo czego niby jej brakowało? Te myśli kołatały gdzieś w jej głowie. Chciała go o kilka spraw zapytać, kilka rzeczy mu powiedzieć. Trochę… trochę się z nim rozmówić, ale gdy wyszła przed salę tronową nie spotkała go na korytarzu. Zniknął. 

 

Stwierdziła, że musi się przejść. Może kupi wielką paczkę orzeszków prażonych w miodzie i siądzie na dachu którejś z kamienic nad Rybim Targiem. Przeniosła wzrok na kamienny cokół, na którym stała syrenka i wypatrzyła tam kamień. Akurat dobrze siadł w jej dłoni. Zamachnęła się i rzuciła go daleko poza kamienny murek, za którym 50 metrów niżej o skałę rozbijały się morskie fale. Odprowadziła kamień wzrokiem i odetchnęła z ulgą. Uśmiechnęła się nawet sama do siebie. 

– Ulżyło ci, księżniczko? – usłyszała za sobą. Odwróciła się szybko. Stał w głębi, pod arkadami, na które piął się gęsto bluszcz. Był oparty o kolumnę, a ręce skrzyżował przed sobą. 

Fiore wyprostowała się i uniosła lekko brodę. Wiedziała, że wygląda tak bardziej dumnie. 

– Czego ze swoją wiedźmą nie siedzisz, tylko ludzi po zamkach straszysz? – zapytała zaczepnie.

Zaśmiał się bezgłośnie.

– Gadaj, bo na gulasz przerobię – przestąpiła z nogi na nogę.

– Tak bez miecza? – poddał jej słowa w wątpliwość. – Może mi to “straszenie” trochę w krew weszło… – urwał.  – Nie podziękowałem ci – dodał po chwili.

– To bardzo wzruszające. Ja też się cieszę waszym szczęściem. Podziękowanie przyjęte, a teraz gadaj po coś tu przylazł – zapytała zmieszana trochę jego miłym tonem, a wciąż przecież lekko na niego zła.

Pochylił się lekko do przodu i odepchnął od filaru. Zaczął powoli iść w jej kierunku. Nie spieszył się.

– Mam coś, co chyba należy do ciebie – powiedział w końcu i zza kominiarskiej pazuchy wyciągnął… 

– Mój sztylet! – zakrzyknęła zdziwiona. – Oddawaj.

– Mmmm… – zastanowił się głośno. A może… sama go sobie weźmiesz? – wyszczerzył zęby w złowieszczym uśmieszku.

Drzwi otworzyły się i jeden ze strażników nieśmiało wystawił przez nie głowę. 

– Jaśnie Panienko, gdyby trzeba było pomóc… – umilkł i patrzył na nią wyczekująco.

Zawahała się, spojrzała na niebieskookiego chłopaka.

– Dziękuję, poradzę sobie. Możecie wracać do środka i… trochę się przejść – rzekła po chwili namysłu Fiore.

Gdy tylko strażnik zamknął za sobą drzwi skoczyła szybko, w locie jeszcze zastanawiając się czy przyładować Reinmarowi z kopniaka w nadgarstek i rozbroić w ten sposób, czy najpierw sprzedać mu cios w miękkie żeby… żeby miał nauczkę. Zdecydowała się na to drugie, ale zwinnie usunął się na bok i… zaczął wiać. Nie spodziewała się, że będzie taki szybki. Runął w kierunku mostu i pędził przez niego szybko przebierając nogami. Próbowała zaalarmować strażników, którzy stali przy dolnej branie, u wylotu mostu, ale zasapała się szaleńczym pędem. Minął ich jak wicher i choć podjęli niby próbę gonienia go, to dość ciężkie stroje, jakie mieli na sobie, skutecznie ich spowolniły. Powstrzymała ich gestem dłoni i rzuciła się w pogoń. Pobiegł ulicą Półkolistą, sąsiadującą z murem obronnym i wbiegł w małą uliczkę między kamienicami w lewo. Małe schodki prowadziły w górę. Fiore była szybka, więc udawało jej się trzymać całkiem blisko za nim, ale wciąż nie tak szybka żeby gnoja dorwać. Zniknął nagle wbiegając w prawo, a gdy skręciła za nim zaatakowało ją pranie rozwieszone w maleńkiej uliczce. Zaklęła i wciąż biegnąc próbowała się z niego oswobodzić. 

Gdy zrzuciła z siebie ostatnią szmatę zatrzymała się nagle. Wyrósł przed nią mur. A tego łachudry nigdzie nie było. Jej płuca pompowały jak kowalski miech, serce waliło w piersi, brakowało jej tchu. Spojrzała w lewo i w górę. Balkony. Zarejestrowała jeszcze ruch na samej górze. Wspięła się szybko i rozejrzała. Przebiegał właśnie zwinnie przez deskę pomiędzy kamienicami. Rzuciła się w tamtą stronę i tak sprawnie i pewnie, jak tylko umiała przeszła na drugą stronę. Druga, trzecia, balkon, podest, jeszcze jeden balkon i murek. Już prawie go miała, gdy nagle czas zwolnił jakby i zobaczyła jak deska, po której właśnie przebiegł zachybotała się i runęła. Dobiegła do krawędzi kamienicy i spojrzała w dół. Deska spadła na bruk z hałasem. Na szczęście wystraszyła tylko jakiegoś wyliniałego kota. Spojrzała przed siebie i z zaskoczeniem stwierdziła, że on nie ucieka. Stoi przed nią, dyszy ciężko i szczerzy zęby w uśmiechu. Zrzucił z siebie kominiarską kurtkę. Zważył jej sztylet w dłoni, podrzucił go i spojrzał na nią zawadiacko. 

Raz jeszcze zerknęła w dół. Oceniła odległość. Położyła dłonie na biodrach i opuściła brodę. Wzięła kilka oddechów. Czas płynął już normalnie. A jej ciało z każdym tchem uspokajało się odrobinę. Rzuciła mu spojrzenie spode łba. Stał tam, po drugiej stronie, ubawiony, dyszący, z potarganymi włosami i błyszczącymi oczami. Koszulę pod szyją miał rozchełstaną. Widziała jak w rytm szalonego oddechu porusza się jego klatka piersiowa. Zatrzymała na chwilę oddech. Zrobiła kilka kroków w tył i runęła do przodu. Wybiła się z samej krawędzi kamienicy. Zobaczyła jego rozszerzające się oczy. Pod nią ziała pustka. Dobre parę pięter lotu, gdyby coś poszło nie tak. A oczywiście mogło pójść nie tak, bo wprawy w takich rzeczach nie miała ni cholery. Zastanowiła się nawet w locie dlaczego to robi. Skąd taki bezdennie głupi pomysł. A pies z tym sztyletem tańcował! Nakaże wykonać drugi! Choć i trochę jednak szkoda, bo to pamiątka. 

A w dodatku ten paskudnik nigdzie nie uciekał, więc pewnie mogli stać sobie, każde na swojej kamienicy i rozmawiać spokojnie. Może nawet dałby się polubownie przekonać, żeby oddawał ten cholerny sztylet.

 

No ale leciała już i niewiele mogła z tą sytuacją zrobić. Jedyne co, to mieć nadzieję, że lot zakończy się szczęśliwym lądowaniem. Zdążyła jeszcze poczuć uderzenie adrenaliny, mocny dreszcz na całym ciele, falę potu, zobaczyć jak Reinmar wykonuje desperacki krok w jej kierunku i pomyśleć: “O kurwa”. Zaraz potem poczuła twardą ziemię pod stopą i czas ruszył jak huragan. Zderzyła się z nim w pędzie, a impet uderzenia powalił ich oboje na ziemię. 

Oberwał słusznie. Fiore przez chwilę nie wiedziała co się dzieje. Spróbowała wstać, ale złapał ją za nogę i wytrącił z równowagi. Wywaliła się znowu i poczuła jak przyciąga ją do siebie i za cholerę nie chciał puścić jej nogi. Wykorzystała swoją gibkość i przyciągnęła się do niego mocno robiąc niemal szpagat i… wymierzyła mu cios pięścią w gębę. Trafiła elegancko, jednak zamiast puścić ją, mocniej przyciągnął do siebie. Szamotali się tak przez dłuższą chwilę. Bez żadnej elegancji i kunsztu. 

A po chwili zmęczyli się. Wlazł na nią, ale nie miała już siły żeby go odepchnąć. Nie bardzo też docierało do niej nawet dlaczego walczą. Jego twarz była bardzo blisko jej twarzy, zobaczyła krew na jego ustach. 

– No już. Daj spokój, Fiore. Już się pobawiliśmy. Natłukłaś mi po gębie, jest pierwsza krew. Było fajnie – wydyszał.

Pomyślała, że to w sumie trochę głupio, że rozkwasiła mu gębę. I to akurat po tej stronie, gdzie ma ten uroczy dołeczek. Nadal zachodziła w głowę dlaczego ją tak poniosło. Popatrzyła mu w oczy. Raz jeszcze zauważyła, że jest cholernik bardzo przystojny. Ale za tą myślą popędziły kolejne. Że na pewno jest głupi. Fatalny w łóżku. Na pewno! No i chlejus. I zajęty.

– Czy mam uznać za regułę, że naszym pierwszym spotkaniom mają towarzyszyć takie… przekomarzania?

– A dużo tych pierwszych spotkań jeszcze planujesz? – zapytała oddychając ciężko.

– Planować to nie planuję, ale… kto wie komu jeszcze podpadnę i w co mnie zmieni?

– Zejdziesz ze mnie, czy ci pomóc? – zapytała już ciszej, a druga część jej pytania zabrzmiała nawet zmysłowo. Z odrobiną wstydu stwierdziła, że mogło się odnieść wrażenie jakby z nim flirtowała. A uśmiech, który wykwitł na jego twarzy tylko potwierdził, że on też to skubaniec zauważył.

– Dziękuję, Fiore. Bardzo mi pomogłaś.

– Proszę.

– Mogę cię pocałować? – zapytał i tego się nie spodziewała. Ale po bardzo krótkiej chwili namysłu uznała, że… może.

– Możesz  – teraz to on poczuł się zbity z tropu. Zamrugał i wpił się w nią darując jej mokrego od krwi niespiesznego buziaka, po czym szybko przetoczył się na bok, wstając energicznie. Odruchowo podniosła rękaw do ust i wytarła przeciągając prawie od łokcia do dłoni. Usiadła i chwilę jeszcze tarła twarz. Nie miała już w oczach gniewu.

– Chyba wstałam dziś lewą nogą – przyznała cicho. Wyciągnął do niej rękę, pochwyciła ją mocno i wstała. Zmierzyli się wzrokiem. Wpatrzył się w rozmazane trochę od szamotaniny czarne obwódki jej oczu i smugę krwi po jednej stronie jej ust. Taka dzika, odrobinę upiorna, zmęczona bójką i potargana podobała mu się jeszcze bardziej.

– Napadłeś na trakcie kominiarza? – zapytała z niedowierzaniem. 

– Pożyczyłem ze sznurka jak się suszył. Oddam – przyznał lekko zawstydzony.

– Co ci do głowy strzeliło żeby przyłazić do mojego ojca? – przyjrzała się krytycznie swojemu strojowi i zaczęła strzepywać kurz, który pokrywał ją od stóp do głów. 

– Pomyślałem, że i tak będziesz musiała mu jakoś o tym powiedzieć. A przyznasz chyba, że niełatwo wyjaśnić komuś takie zdarzenie. I to żeby uwierzył – dodał porozumiewawczo.

– Acha… A ty tak bardzo martwiłeś się moją relacją z ojcem, że postanowiłeś ze szczerego serca mi pomóc? – zapytała z przekąsem.

– Trochę tak, a trochę… Wiesz, jak się ostatnie trzy lata spędziło jako smok i zdołało się jedynie podpieprzyć coś suszącego się przy chałupie na sznurku… Potrzebowałem jakiegoś sensownego startu. No i przypomniałem sobie o nagrodzie… – urwał.

– Ocho! – kiwnęła znacząco głową i skrzyżowała ręce na piersi. – Wreszcie zaczynam ci wierzyć! – ściągnęła usta w dzióbek. 

– Pomyślałem, że mógłbym poprosić o przysługę ciebie. Ale… doszedłem do wniosku, że chyba lepiej jednak twojego ojca – uciekł wzrokiem.

– A to dlaczego? – zapytała unosząc brew. 

– Bo ty się będziesz droczyć. A ja naprawdę potrzebowałem odrobiny… czegoś więcej niż szczęście. A tobie… I tak sporo już zawdzięczam – spojrzał na nią nieśmiało. Milczeli chwilę.

– Skoro stoisz tu przede mną i jesteś mniej zębaty i  nie ziejesz ogniem to z twoją czarodziejką chyba się udało, co? – zapytała w końcu żeby rozładować atmosferę. Przespacerowała się w kierunku krawędzi kamienicy i usiadła, spuszczając nogi w dół. Popatrzyła na morze, zamknęła na chwilę oczy i postarała się poczuć jego woń.

– Ano udało. Wybaczyła mi chyba. W każdym razie – znów mam dwie ręce, dwie nogi, wątrobę na swoim miejscu…

– No zwłaszcza wątroba cię interesuje – powiedziała uszczypliwie.  Zaśmiał się.

– Zaproponowałem, że może się przelecimy… To znaczy… ona, na grzbiecie smoka. Niecodzienne to wszak możliwości. No i spodobało jej się. Zastanawiała się cholernica czy na pewno opłaca się jej mnie odczarowywać. – Fiore uśmiechnęła się w duchu, doskonale rozumiejąc czarodziejkę. – A potem… Potem spędziliśmy piękną noc pod gwiazdami, pod naszym drzewem – urwał.

Zamarła. Chyba nie zacznie jej teraz opowiadać… Ze szczegółami… Podszedł bliżej i dosiadł się do niej. Zauważyła, że jego skóra na twarzy, szyi i na mostku błyszczy lekko po tej szaleńczej ucieczce. Zastanawiała się przez chwilę czy gdyby polizała, to poczułaby smak soli. Przywołała się szybko do porządku.

– Przeżyliśmy pod tym drzewem całe nasze życie. Snuliśmy wyobrażenia jak by to było gdybyśmy zostali razem. Jak wyglądałby nasz dom, jak byśmy się kochali, jakby były dzieci i pies. Wspólne wędrówki do lasu po zioła – zamilkł i zapatrzył się w dal. – Przeżyliśmy wszystkie stracone chwile, których nie było, bo spieprzyłem sprawę. I te, które nigdy nie nadejdą.

– To znaczy? – wyprostowała nogę i zaczęła się przyglądać czubkowi swojego buta.

– Rozstaliśmy się – przenieśli na siebie spojrzenia. Milczeli chwilę.

– Tak po prostu? Po tym wszystkim? Myślałam, że się kochacie.

– Kochaliśmy. Ale… nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Sprawdziliśmy jak to jest być razem. Zweryfikowaliśmy czego potrzebujemy. Nie żałuję żadnej chwili… Nawet tych jak przez trzy lata nie mogłem ugasić pożaru w gardle.

– Dała ci kosza? – dopytała niedowierzająco. 

– Ha ha, nie… Chyba nie tak to wypada nazwać. Raczej byliśmy zgodni.

– Nie wierzę. Znowu będziesz do niej wpadał na szybki numerek, mydlił jej oczy pod tym drzewem, a ona znowu nie będzie umiała żyć bez ciebie. I znowu zacznie się życie na łańcuchu, ucieczki…

– Nie, Fiore. Nie – zaskoczyła ją jego stanowczość. Wysunęła za siebie ręce i podparła się na nich.

– Ale żeś mi przylutowała, dziewczyno! Ręki sobie nie złamałaś przy okazji? – zapytał przykładając dłoń do ust i przyglądając się krwi na niej.

– Z ręką wszystko dobrze. Mam w tym wprawę. Nie zamierzasz do niej wrócić?

– Nie.

– A nie boisz się, że znowu jej się wymsknie jakaś zgrabna klątewka i nagle prosto z nieba spadnie młot, który odrąbie ci jaja?

– Ale ty masz wyobraźnię – zaśmiał się.

– A kaktus?

– Poszła za twoją radą i wypowiedziała życzenie: „A niech mi to kolczaste cholerstwo z ręki zniknie!”. I dodała: „I to zielone TEŻ!”. Może już nie będę jej potrzebny, jeśli pójdzie za pozostałymi twoimi radami – np. „A niechże przeżyję orgazm tego stulecia!” – wykrzyknął teatralnie unosząc ręce ku niebu.

Fiore zaśmiała się. Wyobraziła sobie czarodziejkę w domowym zaciszu w długie jesienne wieczory. Troszkę nawet pozazdrościła jej tych zdolności. Ale tylko przez chwilę, bo zdarzało jej się nader często mówić w emocjach: „A niech mnie kule biją”, albo: „A niech mnie pies wychędoży jeśli…”. No, zdecydowanie. Tak jak jest, jest lepiej.

– No i co teraz zrobisz? – zapytała.

– Na początek może zaproszę cię na kolację? – błysnął zębami w uśmiechu. Popatrzył za siebie i sięgnął ręką daleko po sztylet.

– Ocho! A zaraz potem zaprosisz się na śniadanie? – powiedziała udając oburzenie i wyciągnęła rękę po swoją zgubę.

– Zostawiłaś go u Małgorzaty – powiedział przyglądając się ostrzu. Było wąskie i ostro zakończone. Z prostą, hebanową rękojeścią z oszczędnymi zdobieniami – Pomyślałem, że może ci go brakować. Śniadanie też byłoby przyjemną opcją – spojrzał jej w oczy.

– Och, akurat mi się bułki skończyły. Nie próbuj mi tu teraz flirtować. Mojej ręki jakoś nie chciałeś – powiedziała z udawanym wyrzutem. Przynajmniej starała się by wyrzut brzmiał udawanie. Złowił w powietrzu jej subtelną woń. Delikatną i przyjemną. Miał ochotę powąchać jej szyję w dołeczku tuż pod uchem. Ale wiedział, że oberwałby za to słono.

Wyczekał chwilę a później zaśmiał się się cicho. 

– Może obawiałem się, że wkrótce po ślubie przytrafi mi się jakiś nagły, przykry wypadek. Albo – zamyślił się na chwilę. – Albo pomyślałem, że nie tak zdobywa się serce kobiety? – zrobił znaczącą pauzę i przyjrzał się jej z ukosa. – Albo rzeczywiście nie chciałem, bo jesteś brzydka. I kawał z ciebie cholery – powiedział tonem, który zupełnie nie wiedziała jak odczytać. – Chyba musisz wybrać jedną z opcji podążając za swoją intuicją. Albo taką, która bardziej ci odpowiada – uśmiechnął się i położył patrząc w niebo.

– Albo nie uwierzyć w żadną. Bo najwłaściwszą może być to, że twój lekki duch ci na takie rzeczy nie pozwala. Z zasady. Co to znaczy “nie TAK się zdobywa serce kobiety”?

Zamknął oczy i uśmiechnął się.

– Nie przymusem. Nie siłą. Nie przemocą, nie tak – doprecyzował.

– A jak?

– Nie mam zielonego pojęcia – uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Milczeli dłuższą chwilę. Od morza powiał wiatr. Przyniósł ze sobą zapach soli, wody, czegoś ulotnego. Słońce było już bardzo nisko, zaczynało zanurzać się w morskiej toni na horyzoncie. Fiore patrzyła na ten spektakl ale jakby nie widziała. 

– Wisisz mi gąsiorek wina za fatygę. A mojemu królestwu… A mojemu królestwu to tak pewnie z tysiąc baryłek ostrzejszych trunków. 

Przeciągnął się i usiadł. Spojrzał na słońce.

– Umowa stoi, ale tę butelkę wypiję razem z tobą nago, na plaży przy pełni księżyca. Bo też jesteś mi winna przysługę. W końcu ocaliłem cię przed zamążpójściem za jakiegoś przypadkowego dupka – starał się nie zaśmiać, ale kącik jego ust zadrgał lekko.

– Mmmm… – pomilczała chwilę. Dwa razy złożyła usta żeby coś odpowiedzieć i Reinmar z wyrazu jej twarzy mógł sporo wyczytać a propos kontekstu zbieranych słów. Zmieniła jednak zdanie i odrzekła:

– Po chwili przemyśleń doszłam do wniosku, że jesteśmy kwita. Niech to będzie taka przyjacielska, obustronna przysługa.

Słońce już prawie znikło za horyzontem. Niebo mieniło się mnogością barw i gdyby zobaczyli takie na obrazie jakiegoś słynnego artysty, każde z nich uznałoby, że malarza poniosła fantazja. Siedzieli zapatrzeni w nie i zamyśleni.

 

Reinmar dziwnie się czuł znowu w swoim ludzkim ciele. Teraz jeszcze z obitą twarzą. Ale było mu jakoś dziwnie wesoło. Wiele rzeczy otwierało się przed nim na nowo. Mógł sobie je zupełnie inaczej poukładać. Robić wreszcie to, na co wcześniej brakowało mu czasu, albo czego się bał. Z pewnością czekały go też nowe błędy, ale na nie też był otwarty. To był dobry dzień. Dobre dwa dni. Nowe, intrygujące znajomości…  

 

Fiore wciąż zachodziła w głowę dlaczego czuje się i zachowuje tak dziwnie. Było jej jednak znacznie lżej na duszy teraz, gdy tak sobie siedziała patrząc jak słońce osuwa się za horyzont. Ostatnie dni kosztowały ją wiele nerwów, ale i dały mnóstwo przyjemności, przygód, nowych doświadczeń. Tak, to był dobry czas.

 

– Dasz się zaprosić na tę kolację? – zapytał w końcu.

– Zgoda – odrzekła patrząc na jego twarz zapatrzoną w dal. – Ale nie dziś. Ledwo trzymam się na nogach… – jeśli można tak powiedzieć siedząc, pomyślała. – Odprowadzisz mnie? Chyba i tak masz do dokończenia jakieś sprawy z moim ojcem. Buty… Strój… – wstała powoli i przeciągnęła się. – Ale na śniadanie nie licz – pogroziła mu palcem i uśmiechnęła się ładnie. Pokręcił głową ze śmiechem.

– Odprowadzę – odparł i wstał.

Podeszła do krawędzi kamienicy, odwróciła się i zaczęła zsuwać się w dół po balkonie. Zawahała się.

– Szkoda, że nie polataliśmy razem więcej. To było bardzo emocjonujące. Idziesz? – zapytała po chwili milczenia i znikła. 

Reinmar spojrzał jeszcze raz na morze i zastanowił się nad tym co powiedziała. Uśmiechnął się do swoich myśli i ruszył za nią.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s