Kontynent ludzkie ciało i poszukiwacze przygód

Z oczu ciekły mi łzy. Czułam łaskotanie w prawej pięcie i nie wiedziałam, czy to co się dzieje jest fajne i chcę więcej, czy żeby Aleš zabrał swoje łapska poza moją strefę intymności absolutnej. Bo siedział właśnie „po rękojeść” tam, gdzie nigdy nie dotarł żaden mężczyzna, żadna kobieta, ani ja sama. W moim nosie!

Tak, domyślam się jak to brzmi. Jak ostra perwa, albo grube sado-maso. Kiedy poczułam jak palec Aleša, terapeuty trudniącego się integracją strukturalną, wita się już niemal z szerokimi wodami moich zatok, gorączkowo zastanawiałam się jak do tego wszystkiego doszło. Ale, jak większość potencjalnie traumatycznych doświadczeń w moim życiu, to również zgotowałam sobie sama.

Pewnego razu fejsbuk przywitał mnie wiadomością, że moja dobra koleżanka Tamara, poszukuje modela czy też modelki na kurs integracji strukturalnej. Tamara kształci się właśnie w tym kierunku fizjoterapii (nie pytajcie mnie czy robi to dlatego żeby móc z premedytacją ładować ludziom paluchy do nosa!). Natychmiast odezwała się we mnie żyłka poszukiwacza przygód. Nie mogłam przepuścić takiej okazji, zwłaszcza po opowieściach Tamary o tajemniczym świecie powięzi. Tej niby błonki, dużym powiększeniu wyglądającej jak sieć przenikających się włókienek makaronu ryżowego, w której żyją sobie wszystkie nasze mięśnie, ścięgna, narządy, która je rozdziela, łączy. Dochodzi do każdej komórki, tworząc z tych części jeszcze bardziej funkcjonalną całość niż laikowi mogłoby się zdawać.

Zanim zdążyłam uruchomić proces racjonalizacji typu: „Serio chcesz przyjeżdżać do Warszawy z BB w każdym miesiącu żeby ktoś pomacał twoją powięź?”, już miałam kupione pierwsze bilety na Pendolino, i już stałam prawie na golasa przed grupą adeptów integracji strukturalnej.

Co to i po co?

Wyobraź sobie, że na koszulkę z długim rękawem zakładasz bluzę. Coś się pokręciło i rękawy zamiast leżeć prosto są mocno skręcone. Olewasz to i chodzisz tak sobie i ci wygodnie? Raczej cię to wkurza i wiercisz się aż poprawisz. No to teraz pomyśl, że twoje powięzi i mięśnie mogą się zachowywać jak taka poskręcana koszulka pod poskręcaną bluzą. Tylko nie dość, że tego nie widzisz gołym okiem, to jeszcze nie umiesz sam poprawić. W bardzo dużym uproszczeniu integracja strukturalna to poukładanie tych „ciuchów” na ciele tak, żeby dało się w nich wygodnie funkcjonować.

Zaczęło się niewinnie. Od oglądania, podziwiania jak dobrze mam zorganizowane ciało i stwierdzenia, że „od razu się rzuca w oczy, że mam coś nie tak z głową” (tzn. nie pasuje ona do reszty). Dłonie terapeuty opadały na moje ramiona jak drapieżny ptak, mościły się i sprawdzały jak prawa i lewa strona reaguje na nacisk. A nawet jak  o d p o w i a d a  dłoniom terapeuty. „Z prawej strony czuję odpowiedź aż od stopy, a po lewej grzęźnie ona gdzieś w okolicach miednicy”.

Spotkań w ramach terapii jest dziesięć. Każde skupia się na trochę innych obszarach, choć jednocześnie, za każdym razem pracuje się obszernie i sprawdza co trzeba zrobić w mikroskali w kontekście całości. Ocenia się jaka jest ruchomość tkanek względem siebie w większej i mniejszej skali. Np. jak przesuwa się skóra po tym, co siedzi wewnątrz.

Wewnętrzne pole walki

To wszystko daje masę informacji o tym jak zorganizowane jest ciało, gdzie tkanki są pozlepiane, przykurczone, gdzie są zaburzenia ruchu. A wtedy można zacząć pracę nad przywróceniem dobrego poślizgu, wyrównaniem zakresów ruchu w obu połowach ciała, po prostu poprawą funkcjonowania całego tego systemu. Bo o to przecież w tym wszystkim chodzi. Już sama nazwa integracja strukturalna zawiera w sobie przekaz.

Patrząc na swoje ciała, zamknięte wszak w jednej skórze, na ograniczonej przestrzeni, mamy wrażenie, że przecież one są całością i działają jak całość. Wszystko razem chodzi, razem leży, biega. Ale to nie zawsze tak jest w rzeczywistości. Nierzadko jeden element przeszkadza drugiemu. Spinamy przysłowiowy poślad jak nie trzeba. Chodzimy sztywni jak Pinokio, choć mamy ciało prawdziwego chłopczyka.

Pokrzywione, ponapinane i posklejane ciało (a wierzcie mi, że w zasadzie każdy takie posiada) walczy samo ze sobą. Tu uwiera, tam ciągnie, a jeszcze gdzie indziej trze. Jak w rozklekotanym Wartburgu.

Dawno, dawno temu… Przebudzenie świadomości

O tym jak bardzo jestem pokrzywiona, pościągana i nierówna, dowiedziałam się lata temu od Ewy Witek-Piotrowskiej. Fizjoterapeutki z Warszawy. Pisałam artykuł dla magazynu Bieganie i wybrałam się z ciekawości. Bez konkretnej kontuzji, problemu (choć przyznam, że nierzadko dokuczał mi ból w okolicach piszczeli). I usłyszałam długą listę robótek dla mechanika. Jakbym miała tyle rzeczy naprawić w autoryzowanym serwisie w samochodzie – poszłabym z torbami.

O krzywych plecach wiedziałam od dawna. Zostawiła je w takim stanie moda na torby szkolne na jedno ramię. O haluksach też, bo przecież widać. Ale chyba dużo więcej bym palcem nie pokazała. Ewa zaczęła wyliczankę. Pokazała mi na specjalnej platformie podświetlonej na zielono, z lustrem pod spodem, jak słabo obciążam prawą nogę. Jej obrys wyglądał całkiem inaczej niż lewej. Zrotowana miednica – to standard jazzowy. Większość z nas tak ma. Krótsza noga – wcale niekoniecznie z urodzenia. Wystarczy, że masz tę miednicę pokrzywioną tak, że jeden talerz jest przesunięty góra-dół albo odchylony. Jeśli zajmowałeś się w młodym wieku fajkami i imprezowaniem, to jeszcze pikuś, po prostu jesteś słabiak z mięśniami jak słabo stężała galaretka. Ale jeśli trenowałeś szermierkę, jeździłeś dużo na snowboardzie albo grałeś w tenisa? O stary! Dobrze, że jeszcze nie wyglądasz jak jedno z tych spiralnie skręconych drzew w Joshua Tree National Park.

Czas na serwis

Ewa rozbudziła mój głód wiedzy na temat ludzkiego ciała. I sporą świadomość. Że jak naciśniesz na mięsień czy jego przyczep i boli, to nie dlatego, że naciskasz i przecież ma boleć. Bo jak ugnieciesz w innym miejscu, to wcale nie boli, prawda? A zatem tam, gdzie bolało – wiedz, że coś się zaczyna dziać. To może być dopiero zalążek problemu. Może nic z niego nie wykiełkuje przez 20-30 lat. Może znokautuje cię jak na fali kryzysu wieku średniego zaczniesz biegać maratony, po długich latach siedzenia za biurkiem. A może dopiero jak odezwie się trochę za wcześnie tak zwana „starość-nie-radość”. Jak budząc się rano będziesz czuł sztywność… ale w nogach. W krzyżu będzie łupało, złośliwy bolak wejdzie ci w ramię. Albo będziesz czuć mrowienie w palcach i pogodzisz się z tym, że masz problemy z kręgosłupem i „już nic tu bracie nie poradzisz”.

„Romansowałam” z wieloma fizjoterapeutami. Uwielbiam ich, bo to rodzaj medyka, od którego zwykle wychodzisz zadowolony. Czasem trochę sfatygowany, ale czujesz, że coś się podziało. Bez recepty na medykament, ale z poczuciem luzu w plecach albo z guacamole zamiast zbitego mięśnia łydki. Później zaczęłam jeszcze namiętnie czytać o tym co można zrobić z własnym ciałem samemu żeby je usprawnić. Samochód oddajesz do serwisu na przeglądy regularnie, nie? Ale pomyśl tak – nawet dziadkowi emerytowi, który myje swoje autko gąbeczką z wiaderka i raz tylko zaszalał i rozpędził się do 65 km/h, pojazd towarzyszy przez 30-40 lat. A ciało przez 80.

Od lat obserwuję swój organiczny pojazd. Wsłuchuję się w to co tam w nim gra, jakie instrumenty się rozstroiły. Porównuję odczucia między miejscami, w których coś się dzieje, a tymi zdrowymi, których w ogóle nie czuć. Jestem go bardzo świadoma. Od pioniera wyprawy do wnętrza mojego nosa usłyszałam, że jestem jego ulubioną pacjentką, bo wiem co ma na myśli, gdy mówi „zroluj lewą część miednicy” albo po prostu „wykonaj jakiś ruch” stopą, a ja intuicyjnie wiem jaki ruch należy wykonać. I przechodzą mnie ciarki, jak pomyślę, że skoro w moim ciele, nad którego sprawnością od lat pracuję wciąż jest tyle do zrobienia i przeserwisowania, to jak to jest w ciałach ludzi, którzy nigdy się na taki serwis nie zdecydowali?

„I że cię nie opuszczę…”?

Jak wielu z nas żyje w przeświadczeniu, że to już „starość” albo „problemy z kręgosłupem”, podczas gdy to tylko spięte plecy i niezbyt trudna praca manualna nad nimi i może trochę zapału do ćwiczeń sprawiłyby, że „staruszek” poczułby się jak młody bóg? Tyle słyszałam opowieści o „chorych kolanach”, podczas gdy tak powszechne są bóle wynikające po prostu z dysproporcji pomiędzy mięśniami, albo… z posklejania mięśni i powięzi między sobą. Wiele bólów głowy ma źródło w spiętych górnych plecach. Ludzie pracują na nie sumiennie siedząc 8 godzin przy biurku bo śpią przez całą noc na jednym boku, albo w jeszcze bardziej pokrzywionej pozycji . To drugie jest nawet gorsze. Bo od biurka trochę wstajesz. Połazisz, zrobisz sobie kawę, pójdziesz na fajka. A w nocy? Najwyżej bok zmienisz i ułożysz się w jeszcze dziwniejszej pozycji. I tak przez 6-8 godzin. I żyją z tymi swoimi bólami. Niosą ten swój „krzyż”. I co, tak już do śmierci? Serio? To nie lepiej iść do fizjoterapeuty?

Nie spać! Zwiedzać!

Dla bardzo opornych jest też wiele sposobów na samoserwisowanie. Kopalnią wiedzy na ten temat są książki dr. Kelly’ego Starreta. „Bądź sprawny jak lampart” czy „Gotowy do biegu”. Kelly opowiada w nich nie tylko o tym, co można robić ze swoim ciałem na co dzień, mimochodem, ale o rolowaniu na piłeczkach, wałkach, ugniataniu się, masowaniu. O taśmach, o wdzięcznej nazwie voodoo floss, które pomagają porozklejać mięśnie od powięzi, przywrócić ślizg między tymi warstewkami. Dla naprawdę problematycznych miejsc niektóre z propozycji Starreta to tortury. Spróbuj porolować na wałku do ciasta łydkę (siadając na podłodze i unosząc ciało tak, żeby cały ciężar spoczywał na dłoniach i łydce). Albo stań przy ścianie i poroluj sobie okolice łopatek na piłeczce tenisowej. Szukaj, tam na pewno coś znajdziesz. Im bardziej boli, tym bardziej dobitny sygnał: „Houston, we have a problem”.

Rażenie prądem i mizianie – zabawy dla zaawansowanych

Ja wojowałam z piłeczką, wałkiem do ciasta, rollerem i piłeczką golfową. Voodoo flossem. Bywałam u tradycyjnych fizjoterapeutów, którzy w kopalniach moich zbitych mięśni wojowali orężem łokci i pięści. Byłam i u mojego ulubionego „szalonego naukowca” Tomka Gawrona, który raził mnie prądem. Metoda nazywa się ARPwave. Stałam z elektrodami na nogach sztywnych jak słupy i wybałuszałam oczy, jak mówił, że mam zrobić przysiad. I robiłam. W tempie ślimaka, a pociłam się jak Niagara. W Kętach trafiłam na fizjoterapeutę, którego polem działania jest układ nerwowy. Dawid Kasolik to magik szczególny. Gdzieś posmyra i ciało pozwala na zrobienie czegoś, co było przed chwilą niewykonalne. Metody, które stosuje są jeszcze bardzo mało znane w Polsce. Skupiają się na tym w jaki sposób mózg zawiaduje układem ruchu i percepcją ciała, również bólem.

Po takich przeróżnych zabawach trafiłam więc na leżankę do Aleša. Przekonana o wysokim stopniu rozklekotania mojego „Wartburga”.

Luzowanie sznureczków i przykręcanie śrubek

Pierwszym zaskoczeniem było, to, że Aleš uznał, że nie ma we mnie wiele do roboty i to raczej praca subtelna (a wierzcie, że czuję się czasem jak szafa grająca, ale taka, że tu skrzypi, tam trzeszczy, tam grzechocze). Istnym placem zabaw byłyby dla niego ciała moich przyrośniętych do komputera kolegów i koleżanek, albo biegaczy, którzy dostają wysięku z nosa na dźwięk słów: rozciąganie, joga, rolowanie. Kolejnym zaskoczeniem było to jak delikatna, subtelna jest praca, jaką się tu wykonuje. Nie ma ciśnięcia, rozgniatania. No dobra. Jest, ale rzadko. Zwykle to delikatne „wyrabianie ciasta”, rozbijanie grudek. Rozsupływanie węzełków, luzowanie sznureczków.

Podczas terapii uczysz się o sobie wiele. Terapeuta zajmuje się każdym obszarem twojego ciała. Wielu biegaczy miewa do czynienia z fizjoterapeutą, który rozmaglowuje im łydki, pasma biodrowo-piszczelowe, mięśnie dwugłowe i czworogłowe, zajmuje się wyrównaniem ich miednicy, czasem trochę plecami. Ale jeśli chodzi o w mięśnie brzucha, ręce, dłonie, szyję, żebra, obojczyki, czy w głowę – na te wody zapuszcza się mało kto. A obszary to szalenie ciekawe i dające tyle doznań, co pierwsza jazda na diabelskim młynie. Aż kręci ci się od tego w głowie.

Daleko poza granicami

Dziwnie czułam się już wtedy, gdy Aleš zagłębiał palce w moją szyję, w okolicach grdyki. Już to wymagało sporo luzu i zaufania, że ten gość naprawdę nie próbuje mnie udusić na oczach całej grupy fizjoterapeutów. W innych okolicznościach sprzedałabym mu kopa w miękkie. Jednak podróż do wnętrza moich ust i nosa była już doświadczeniem poza skalą. Uzbrojony w białe kondomki na palcach Aleš zapuścił się do pieczary mojego otworu gębowego i jął rozpracowywać mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Absolutnie i nigdy. Część tych ruchów była tylko śmieszna – np. praca na podniebieniu, by… wysklepić je równiej, bo jeden łuk jest trochę zapadnięty. Były też momenty wyciskające mi łzy z oczu albo takie, w których myślałam, że nie zniosę ani chwili dłużej. Nie z bólu. Z tego też trochę, ale z poczucia dziwności przede wszystkim! Przecież nie grzebie się tak w buzi drugiemu człowiekowi! Nawet dentysta-sadysta ma jakieś granice! Potężna dawka emocji, która szła z każdym najdziwniejszym ruchem pokazywała mi jednak, że to i boli, i niestosowne, i dziwne, i cholernie ciekawe, i jeszcze cholerniej rozładowujące!

„Palec nie górnik, nos nie kopalnia” – tak powtarzała mi moja przyjaciółka Martynka, gdy jako mała dziewczynka dłubałam w nosie. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że palec może być istnym grotołazem, a nos najgłębszą jaskinią świata! I że prawie całą da się zesksplorować! W dodatku gdy dotarł już w najmroczniejszą czeluść, poczułam ten palec aż w mojej prawej pięcie. No dobra, nie ten palec. Ale poczułam łaskotanie idące aż od obojczyka przez moją prawą część ciała aż do prawej stopy. I to było niesamowicie przyjemne doznanie. Naraz wezbrała we mnie pewność, że ja naprawdę mam system nerwowy! I że to wszystko naprawdę jest ze sobą cholernie połączone! Zapłakana i zasmarkana leżałam tak chwilę z poczuciem, że wszystko co złe ze mnie odpłynęło. Napięcie, stres, smutek.

To było jedno z top 5 najdziwniejszych, najciekawszych i najlepszych doświadczeń, jakie mam za sobą.

Czy chcę je wam polecić? O tak, gorąco. Jakkolwiek mrocznie lub psychopatycznie by to nie brzmiało. Zwłaszcza jeśli macie w sobie za dużo samokontroli. To będzie doskonała terapia.

Co mi to dało?

Czy polecam integrację strukturalną tak po całości? Bardzo. I wcale nie tylko biegaczom. Żaden fizjoterapeuta nie zajął się mną nigdy tak kompleksowo. Dopiero tu na własnej skórze odczułam co oznacza to holistyczne podejście do ludzkiego ciała, o którym mówią prawie wszyscy, a mało kto to naprawdę robi. Co się zmieniło? Na różnych etapach różne rzeczy. Czuję się bardziej spójna, łatwiej mi na jodze, pozbyłam się bólu w dolnych plecach, wyrównało się napięcie w górnych plecach. Jestem bardziej świadoma napięć, które generuję w stresie czy gdy się mocno koncentruję (napinam wtedy mięśnie szczęk, czasem spinam plecy). I mogę świadomie próbować tego nie robić. Najwięcej jednak o zmianach usłyszałam od tych, którzy obserwują mnie w tych gaciach i staniku od samego początku. Oni widzą mnie tuż przed pracą i zaraz jak zejdę z leżanki. Różnice widzą zawsze. Mniej wygięte plecy, większy luz w klatce piersiowej, uwolnienie rąk, które były usztywnione. Mój chód stał się swobodniejszy, bardziej… nonszalancki.

Ok, a co dla tych mniej odważnych? Na początek pougniatanie się samemu. Pouciskanie, porolowanie na piłeczce. Taką z lekka masochistyczną randeczkę z własnym ciałem. Poznacie się od całkiem innej strony. Może ta znajomość zaprowadzi was na randkę z fizjoterapeutą?

2 comments

  1. OK, o ile przywracanie symetrii w obrębie miednicy jestem w stanie zrozumieć, to po kiego grzyba „naprostowywać” komuś podniebienie? Czy poza zaspokojeniem – poznawczych, rzecz jasna – rządz terapeuty, ma to jakąkolwiek wartość dla pacjenta..?

    • Ja rozumiem to tak, że wszystko działa jako całość. Krzywe podniebienie wiąże się z dysproporcjami ogólnie w czaszce. A np. asymetria w żuchwie ma już duże znaczenie w ustawieniu całego ciała. Ja nie dość, że zaciskam szczęki, to jeszcze miałam je bardzo nierówne. Jeśli poluzujesz i ustawisz w miarę neutralnym położeniu jeden element to powinieneś też poukładać lepiej inne żeby naprawić cały układ.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s