Ala ma brzuchala. Czyli o akceptacji siebie

„Myślałam, że życie polega na tym, żeby pędzić jak najszybciej i jednocześnie wyglądać jak najlepiej” – to słowa Rachel Brathen, autorki książki „Yoga Girl”. Może nie dowiedziałam się z niej wiele o jodze, ale fragmenty o akceptacji mogłabym powtarzać jak mantrę.

To będzie bardzo trudna dla mnie opowieść. Byłaby trudna dla większości kobiet, bo tak wiele z nas nie umie się pokochać takimi, jakimi jesteśmy. Zaakceptować, że to wszystko może tak wyglądać, takie właśnie być. Ten sam problem dotyczy też zresztą mężczyzn, choć oni rzadziej zdają sobie z tego sprawę, rzadziej o tym rozmawiają, przyznają się.

Rachel pisze:

Wiele lęków i niepewności, z którymi borykamy się na co dzień, wynika z przeświadczenia, że rzeczy powinny wyglądać inaczej niż w rzeczywistości. Żyjemy w społeczeństwie, które nieustannie wytyka nam wszystko, co powinniśmy zmienić w swoim życiu. Musimy się poprawić, bardziej się starać, lepiej wyglądać, lepiej się czuć. Musimy zrzucić kilogramy, nabrać mięśni, jeść zdrowiej, dostać lepszą pracę, kupować lepsze ubrania, mieć bardziej błyszczące włosy, zarabiać większe pieniądze. Rzadko kiedy mówi nam się, że jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jacy jesteśmy.

Mateusz Grzesiak przekonuje w książce „Egorcyzmy”, że takie mroczne karty naszej osobowości rozdaje się w dzieciństwie. Z powodu przeróżnych traum zostajesz naznaczony piętnem przekonania o braku własnej wartości, o tym, że nie jesteś wystarczająco dobry. Zaczynasz hodować demony. Autor twierdzi, że wiele takich demonów rodzi się dlatego, że nie czujesz się kochany. Na przykład przez wycofanego, nieobecnego czy patologicznego ojca. Bardzo próbujesz sobie na tę miłość zasłużyć, dwoisz się i troisz. Ale problem leży przecież gdzie indziej. Wcale nie w tobie. Twoje starania pozostają więc niezauważone. Nic się nie zmienia. Miłość nie przychodzi dlatego, że jesteś grzeczny, że dobrze się uczysz, czy ładnie malujesz. A ty wyrabiasz w sobie przekonanie, że nie jesteś wystarczająco dobry, by cię kochać. I, o ile nie pójdziesz na terapię i nie będziesz tego mozolnie leczył na kozetce, już zawsze będziesz przekonany, że jesteś gorszy.

Genezy braku akceptacji samego siebie i poczucia własnej wartości mogą być różne. Brak miłości możesz czuć od matki. Albo rodzeństwo cię gnoi. Jesteś tym śmiesznym i niepoważnym, najmłodszym. Albo czarną owcą, bo masz inne zdanie. Albo gnoją cię w szkole. Bo masz rude włosy, bo szybciej urosły ci cycki albo po mutacji nadal przez telefon mylą cię z mamą.

Efektów też może być tyle, co gołębi na krakowskim rynku. Bardzo często jednak odbija się to brakiem akceptacji swojego ciała. Wkurwiają cię slogany: „Żeby ktoś cię pokochał, musisz najpierw pokochać siebie”. No bo jak? Uważasz, że najwspanialsze na świecie są chude laski, którym wystają na plecach guziczki kręgosłupa. Które mają między nogami tunel, że samolot by przeleciał. A ty nie nosisz krótkich spodenek, żeby nie wzniecić pożaru trącymi o siebie udami. Może nawet widać ci parę żeber pod łopatkami, ale niżej już opina cię koło ratunkowe, przy którym możesz czuć się bezpiecznie w najgorszy sztorm. I skoro pół kobieta, pół ryba istnieje tylko w legendach, patrząc na swój brzuch zachodzisz w głowę jak może funkcjonować w rzeczywistości coś takiego jak pół kaloryfer, pół oponka? Z poczuciem niesprawiedliwości patrzysz na swoją różową, bladą i piegowatą skórę, gdy w pociągu koło ciebie siedzi kobieta o oliwkowej cerze i ciemnej oprawie oczu. A rzęsy ma tak długie, że nie musi używać szczotki do zamiatania mieszkania.

Niektóre z nas nienawidzą swoich piersi. Inne nosów. Inne boczków, a kolejne ud i pupy. „Gdyby nie ta pupa, byłabym szczęśliwa”. „Może jak będę miała większe piersi, to pokocha mnie jakiś fajny facet”. Ale to nigdy tak nie działa. Zza pleców wyskakuje kolejny demon, a te nowe piersi i tak nie dają szczęścia. Mała pupka kosztuje strasznie dużo wyrzeczeń, codziennego znoju.

Opowiem wam coś mrocznego. Jakiś czas temu myślałam sobie, że w sumie wolałabym żyć z jakąś chorobą, która powodowałaby, że jestem wychudzona. Nie śmiertelną, rzecz jasna. Ale jeśli miałabym brać jakieś leki do końca życia, czy nie móc jeść tego, śmego i owego, to brałabym! W ciemno! Zazdrościłam koleżance, która zdiagnozowała u siebie chorobę tarczycy i jak zaczęła ją leczyć, to znacząco schudła. Bez wysiłku.

Zazdrościłam tym swoim koleżankom, które chudną w stresie, bo żołądek zaciska im się w pięść. A że wypadają włosy, a skóra robi się matowa? Zatrzymuje się okres? E tam! Brałabym! Byleby pozbyć się tych znienawidzonych, demonicznych boczków. Tego opasłego brzuszyska. Gdy zdarzało mi się być na diecie, trzymać mocniej w ryzach i chudziej wyglądać (na brzuchu pojawiał się kaloryfer i na wadze widziałam wartość tuż poniżej 50 kg), czasem głodna czekałam aż dzień się skończy. Byle do jutra! Rano będzie śniadanie. I to wszystko było dla mnie… całkiem normalne. No dobrze, wiedziałam, że normalne nie jest, ale akceptowałam te myśli. Dla mnie były OK, bo dążyły do spełnienia mojego marzenia o byciu chudzielcem.

Zadręczałam się, że nie jestem jedną z tych osób, które mogą jeść wszystko, a wyglądają jak tasiemiec. Zwłaszcza że motywacji mi nie brakowało, nie liczyłam na łut szczęścia. Byłam całkiem ambitną biegaczką, weganką, rzuciłam gluten i słodycze, rzadko się przejadałam.

Czy ta opowieść kończy się pięknym happy endem? Czy zaraz powiem, że to wszystko już za mną? Że zrozumiałam w jakim byłam błędzie i zaczęłam żyć w szczęściu i akceptacji? A gdzie tam! Jestem dopiero na początku tej drogi.

Czytam i powtarzam sobie to, co pisze Rachel:

Kochać swoje ciało znaczy kochać każdą jego część, nie tylko wtedy, gdy nam pasuje lub kiedy stworzymy po temu „idealne” warunki. Nie jest trudno kochać swoje ciało, jeśli się dużo ćwiczy, przestrzega ścisłej diety i trzyma sztywną dyscyplinę, kiedy ciało mieści się w ramach, w których społeczeństwo każe nam je zmieścić. Ale ta miłość nie jest ani całkowita, ani prawdziwa. (…) W chwili, gdy wypadasz z trasy, zjadając deser czy opuszczając ćwiczenia, czy też nie robiąc czegokolwiek innego, co twoim zdaniem jest ci niezbędne, do zadowolenia z twojego ciała i jego wyglądu, masz poczucie winy.

Dlaczego to takie ważne żeby być chudym? Wysportowanym? Umięśnionym? Dlaczego w pewnym momencie czujemy, że nie jesteśmy dość dobrzy tacy, jacy jesteśmy? Kto nauczył nas, że żeby być szczęśliwym, trzeba zobaczyć konkretną liczbę na wadze? Kiedy postanowiono, że musimy wyglądać w konkretny sposób, by być zadowoleni z tego, kim jesteśmy? Tak, chcemy być zdrowi, tak chcemy czuć się dobrze. Ale świat, w którym żyjemy, jest przepełniony nierealistycznymi oczekiwaniami, którym absolutnie nikt nie jest w stanie sprostać. Każdy rozumie po swojemu, co oznacza mieć dobre ciało, ale moja definicja jest taka: dobre ciało to każde ciało.

Ten, kto mnie zna i widział wiele razy, powie, żebym się palnęła mocno w łeb. Najlepiej z rozpędu, bo taka głupota łatwo z głowy nie wypada. Zwłaszcza przez takie małe dziurki od uszu. Ale wiecie co? Jak byłam na obozie jogowym o wiele mówiącej nazwie „Pokochaj swoje ciało” i usłyszałam prychnięcie jednej z dziewczyn jak powiedziałam o swoim problemie, to po prostu się popłakałam. To nadal jest mój bardzo czuły punkt. Oczywiście demon nie dręczy mnie przez cały czas. Czasem zasypia. Zbiera skurwiel siły przed kolejnym atakiem. A wtedy brzuch i boczki potrafią przesłonić mi cały świat.

Na tamtym obozie miałyśmy ciekawe zadanie. Napisać trzy rzeczy, za które lubimy swoje ciało. Przyszło mi to z łatwością. A gdy w ramach pracy domowej miałyśmy napisać o sobie tyle dobrych rzeczy, ile tylko przyjdzie nam do głowy, siedziałam i siedziałam i pisałam.

Długo.

Napisałam, że uwielbiam to, że jestem elastyczna i raczej silna, tak po prostu, genetycznie. Mam gęste, wybaczające wieloletnie farbowanie włosy. Ani jednego siwego! Łatwo się uczę nowych rzeczy – czy to języków, czy nowych sportów. Mam talent wokalny i manualny. Jestem śmiała, potrafię załatwiać trudne sprawy. W dużym stresie zwykle zachowuję się bardzo swobodnie, nie zapominam języka w gębie. Mam w sobie bardzo dużo empatii i dobrze dogaduję się z ludźmi w różnym wieku.

To tylko kilka przykładów.

Jednak tamto ćwiczenie uświadomiło mi jedną, bardzo ważną rzecz. Wiedziałam to wszystko, a mimo to nie byłam z siebie zadowolona, bo nie przystawałam do swojego wyobrażenia idealnej kobiety. Uświadomiłam sobie, że je mam. I ta kobieta ma całkiem inne cechy. Lepsze? A gdzie tam! Ale jakoś mi to nie przeszkadzało uważać „jej” za lepszą. I przez to nie umieć docenić tych wszystkich silnych stron siebie.

No dobrze, nie jest już tak źle. Bo uświadomienie sobie takiego problemu to ogromny krok naprzód. Jak się ma diagnozę, można się leczyć. Z tego niedocenienia swoich mocnych stron wyleczyłam się natychmiast. Choć łatwiej przyszło mi docenienie swoich umiejętności – mentalnych i cielesnych niż zaakceptowanie ciała.

Ale uczę się. Pracuję nad sobą. Chociaż wierzcie mi, że wiedzieć coś – nie oznacza umieć zacząć żyć zgodnie z tą wiedzą. To cholernie trudne i czasem chciałabym się na siebie wściekać, że przecież za mądra jestem na takie głupie myślenie. Że ja to wszystko wiem. Wiem, że nie jestem gruba, że fajna ze mnie babka. Ale na tym to właśnie polega. Wiesz, a nie czujesz. Coś w tobie podkopuje te dobre przekonania. Coś bardzo, bardzo głęboko. Jakaś potwora, na którą przydałby się porządny wiedźmin.

Obiecałam się już tak nie wściekać. Nie terroryzować i być wobec siebie mniej surowa. Mniej oczekiwać, nie złościć się na siebie, lepiej traktować i zaprzyjaźnić ze swoją zwyczajną, ludzką stroną. Ze słabościami, niedoskonałościami. Być dla siebie taka, jaka umiem być dla innych.

Każdy ma swoje demony, każdy chciałby coś zmienić i wielu z nas siebie samych nie lubi, czyniąc tym ogromną krzywdę. Goniąc za ideałem nie umie się cieszyć z siebie i swojego życia zawsze czekając, że może ono się jednak zmieni. Chociaż na chwilę, na jakieś grande finale. I gotowi jesteśmy dla tej chwili katować siebie przez długie godziny, tygodnie, miesiące i lata. Całe życie.

Jak miewa się Twój demon?

 

9 comments

  1. Mogę się podpisać pod każdym słowem Twojego wpisu. Nie sądziłam, że ktoś może mieć tak samo chore (przepraszam, ale wiemy, że tak jest) myślenie jak ja – w temacie leków i bycia może nie – śmiertelnie, ale chorym. Myślę sobie – niestety, tabletki na niedoczynność tarczycy, którą mam od paru lat nie pomogły, dupa blada… Rok temu zachorowałam poważnie na stawy – RZS, koniec biegania, koniec z mega wysokimi obcasami, depresja, potworny ból. A w tym wszystkim najbardziej idiotyczna myśl – jak mnie zaczną leczyć tymi koszmarnymi lekami (metotrexat) – może schudnę. Wiedziałam od biorących ten lek, że się go bardzo źle przyjmuje, mdłości etc. Niestety – na mnie nie podziałało, owszem lekki dyskomfort, osłabienie i tylko tyle. Choroba się cofnęła na razie, biegam, chodzę w obcasach, tylko ta waga, te upiorne 57 kg nie chce drgnąć…

  2. Bardzo poruszający artykuł ….ponad 10 lat walczyłam z demonami teraz jestem w końcu śliczną i atrakcyjną dziewczyną powyżej 50 kg już nie poniżej .Zdarzają się dni kiedy jeszcze mimo,że minęły 4 lata od choroby nie lubię siebie. to ciężka droga ale warto ją pokonać . Sił Wam dziewczyny życzę i oby Nasze dzieci zaznały od nas miłości :)

  3. No, taki luźny, kobiecy temat, to jako facet chętnie się wypowiem, o!

    Po pierwsze: Cześć Magda! Pozwoliłem sobie czytać.

    Grzesiak Ameryki nie odkrył, w końcu Freud już sto lat temu życie człowieka sprowadzał do przeżyć z dzieciństwa. Ostatnio przewinęła mi się przez ręce książka Agnety Pleijel „Wróżba”. Nie wiem nad czym się recenzenci zachwycają, bo kobieta opisuje przeżycia z perspektywy dziecka. Każdy takie ma, lepsze i gorsze, bo dla dzieciaka wszystko co przeżywa jest nowe, więc o „najgorsze” nietrudno. Myślę, że ciężko znaleźć ludzi, u których całe dzieciństwo było perfekcyjne, bo zawsze ktoś powie, że czuł się nierozumiany, że ktoś mu robił na złość, nie po myśli, a kwestia pierwszej menstruacji bardziej czy mniej wiązała się ze wstydem. W końcu to u dzieciaka kształtuje przygotowanie na świat, musi poznać smak goryczy, rozczarowania, trudności,a i dobrze jak z raz po gębie dostanie czy laska go rzuci.

    Ja szalenie nie lubię marketingu i reklam, bo to one przekonują nas nieustannie, że teraz to jesteśmy w średniowieczu, ale jak kupisz te margarynę, te buty do biegania, te kremy i odchudzacze to zaraz świat stanie się piękny a Ty zostaniesz w pełni szczęśliwa na wieki. I ludzie w to wierzą, świadomie lub nie,a dzieci wychowują się w trybie muszę-to-mieć. Kolorowe gazety z babami z fotoszopa robią nam siekę z mózgu, a menshelt przekonuje, że bez kaloryfera nie będziemy bogaci. A jak nie będziemy bogaci, to nie wyrwiemy super laski, itp. A potem mówisz „jak tylko zrzucę 3 kilogramy, będę idealna”, prawda? Nawet gazety dla biegaczy ultra przepełnione są kolorowymi wymiataczami, z najlepszym sprzętem, skaczącymi przez ostre skały. To chcemy tacy być, no nie?

    Z kobiecymi demonami to faktycznie utrapienie, facetowe łatwiej znieść :) Teraz z tymi pośladkami są dwie szkoły, można załatwić na szybkiego wstrzeliwując implanty, lub długofalowo robiąc przysiady i inne krosfity. Rozwiązanie szybkie vs wytrwałe. Faceci zwykle chcą w drugą stronę, większe bary, więcej bica, 170 na sztandze w wyciskaniu i sukces się toczy, tylko zawsze po drodze trafi się piątkowa impreza, po której pompa spada. Za to bieganie ultra i dużo dalekich podróży dowartościuje w oczach społeczeństwa każdego, podziw wzbudzi i nada zaszczytne miano hardkora. Każdy chce podziwu i dowartościowania, a pokaż mi takiego, co po prostu chce być sprawny fizycznie.

    Moim zdaniem, o czym nie napisałaś, niedoskonałości, które widzimy u siebie popychają nas do rozwiązań. O ile jak się przez to zacznie odżywiać lepiej, ćwiczyć i ruszać (start głównie z poziomu zero) to będzie zmiana pozytywna. Jak pójdziemy torem reklamy i na kaloryfer zaczniemy kupować suplement diety „Kaloryfer6PlusMaxSensitive” i oczekiwać efektów to gorzej. Zgadzam się, że szkoda, że do zmian prowadzi nas taka negatywna motywacja, ale zawsze to jakaś. Trudniej zrobić krok gdziekolwiek, jak uznamy, że już jest perfekto, my zadowoleni i jest „La la”. Tylko potem trzeba dorzucić jeszcze stos filmów o motywacji, bo raptem się okazuje, że my tu machamy ketlami, a ciągle nie dzwonią od producenta filmowego, gdzie złożyłem CV na dublera dla Brada Pitta.

    • Marcin, bardzo Ci dziękuję za ten głos! Nie wiem czy męskie demony są znośniejsze. Jak czytam jak wielu mężczyzn ma problemy z poczuciem własnej wartości, bo nie wydaje im się, że coś mają za krótkiego, a coś ma za mało cm w obwodzie, i jak bardzo wpływa to na ich życie to truchleję. Ale przez empatię wiem jak prawdziwe i okrutne to może być. W dodatku mężczyźni czasem takie kompleksy zaszczekują agresją i to budzi we mnie jeszcze więcej smutku i współczucia.

      Co do rozwiązań… Też mam wrażenie, że i tak, i nie. Bo owszem robimy wiele żeby się dowartościować, ale to dowartościowanie nie przychodzi. I choć ciało potencjalnie wygląda na zdrowie, to zaczynają wyłazić bokiem problemy psychosomatyczne. I wtedy problem jest utajony, zamieciony pod dywan. A właściwie nie zajmujemy się problemem tylko maskowaniem tego problemu. Chyba. Ale to fakt – sto razy lepiej jest być aktywnym i żyć zdrowo. Nawet jeśli wskutek motywacji negatywnej.

  4. Mam podobnie, a raczej miałem. Zadając sobie pytania można wiele zdziałać. Świetna z Ciebie dziewczyna i nie ma co gadać. Każdy ma jakieś wady,które sam wyolbrzymia a ich nawet inni czasem nie widzą. Wiec nie ma co życia marnować na pierdoły. Rock na uszy,głowa w górę,rusz ma trening i miej demona w d… albo niech w ogóle spada. Polecam Ci świetną książkę Insight droga do mentalne dojrzałości o podobnej tematyce Michała Pasterskiego i jego rewelacyjne stronki http://www.michalpasterski.pl oraz lifearchitect. Myślę że przypadną Ci do gustu

  5. Dziękuję za ten tekst. Nie wiem, ile cię kosztował, ale wiem, że sama nie jestem jeszcze gotowa na takie wyzwanie. Napisałam „jeszcze”, bo czuję podobnie i mam nadzieję, że któregoś dnia spojrzę na siebie oczami ukochanej osoby. I zobaczę to, co widzi ona. Powodzenia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s