Odstaw mocną psychę i posłuchaj swojego ciała

Bieganie w znacznym stopniu pomogło mi zbliżyć się do swojego ciała. I paradoksalnie, tak samo mocno nauczyło mnie zagłuszać to, czego to ciało potrzebuje. Trenowałam nie tylko mięśnie, serce i płuca, ale również mózg, czyniąc z niego jeszcze okrutniejszego dyktatora niż nim był pierwotnie.

Pozostajemy naprawdę daleko od naszych ciał. Brzmi to dziwnie, bo przecież w nich siedzimy, można nawet powiedzieć, że utknęliśmy tu na dobre. A jednak jak często pozostajesz uwagą właśnie w tym zestawie kości, mięśni, powięzi, organów i innych zbiorów komórek, które tworzą mikrokosmos twojego ciała? Ja ci podpowiem – nie za często! Poza niewielką garstką ludzi, która medytuje i trochę większą, która praktykuje jogę, przez cały czas jesteśmy pogrążeni w myślach. No dobrze, niektórzy biegacze ultra też potrafią sobie wyczyścić głowę na jakimś 150. kilometrze. Jednak i oni przez większość czasu gonią gdzieś głową. Myślą o tym co było, o tym co będzie. Że czegoś nie zrobili, nie powiedzieli, albo że właśnie powiedzieli, a mogli to zrobić inaczej albo lepiej było trzymać buzię na kłódkę.

Martwimy się tym, że coś powinniśmy czy czegoś nie powinniśmy. Albo MUSIMY. Często też wmawiamy sobie, że nie mamy na coś czasu. Do lekarza idziemy z reguły wtedy, gdy coś naprawdę ostro pieprznie. Wcześniejszymi, subtelnymi sygnałami nie zaprzątamy sobie głowy. Odkładamy takie rzeczy na wieczne potem. Nie, nie bój się, to nie będzie jeden z tych moralizatorskich wpisów, w których będę cię namawiać na wizyty kontrolne u lekarza. Spróbuję cię namówić na wizytę w… twoim własnym ciele.

***

Z tym ciałem jest trochę jak z kilkuletnim dzieckiem, które koniecznie chce ci coś powiedzieć właśnie gdy rozmawiasz z przyjaciółką, próbujesz się skupić na wypełnianiu PIT-a, chcesz przez chwilę pomyśleć spokojnie co jeszcze masz dziś do zrobienia, jest już późno, a ty ciągle siedzisz nad projektem, który był na wczoraj. Albo jak chcesz sobie na spokojnie przyciąć w Warcrafta. Możesz tu podać jeszcze milion innych sytuacji. A ten irytujący gówniarz stoi „nad” tobą i marudzi. „Mama, mamaaaa. Mama! Oj, mama no!”. Mówisz: „Ignaś, cicho. Ignaś, zaraz. Oj, Ignaś, mamusia czyta/pisze/pracuje/myśli…”. On walczy o twoją uwagę, ty zamykasz się w swoim świecie, w kokonie, który przestaje dopuszczać brzęczenie Ignasia. Aż w końcu on zrzuca na siebie wielki wazon, wylewa całą wazę gorącej zupy, albo sąsiadka przybiega krzycząc, że „olaboga, Ignaś spadł z drzewa”.

Wtedy wściekła na Ignasia, ale przede wszystkim na siebie, lecisz z nim do przychodni – szyć, łatać, składać. Nagle czas się zatrzymuje, praca, książka, myśli – wszystko wpada w letarg, bo teraz najważniejszy jest Ignaś.

A jeśli pozwoliłabyś Ignasiowi powiedzieć o co mu chodzi to dowiedziałabyś się, że próbuje zdjąć coś z tej wysokiej szafki, zjeść coś albo piłka wpadła mu na drzewo i utknęła między gałęziami.

Zagłuszanie brzęczenia

Pomyśl teraz o różnych sytuacjach, w których organizm czegoś od ciebie chciał, a ty go zbywałaś. „Mamo, zimno mi!”. „Trudno Ignasiu, jest zima, stoimy na przystanku, a nie założę ci Anoraka, bo w pikowanej kurtce z futerkiem wyglądasz ładniej”. „Mama, jestem głodny!”. „Ignasiu, później. Będziemy w domku za 12 godzin. Wtedy dam ci kolację”. „Mama, chodźmy stąd, strasznie tu niewygodnie!”. „Ignasiu, muszę dziś skończyć ten projekt. Posiedź sobie grzecznie na tym krześle jeszcze 5 godzin”.

To prawda, nie zawsze można posłuchać swojego ciała. Niedaleko byśmy się posunęli cywilizacyjnie gdybyśmy się ze sobą za bardzo cackali. Ale znaleźliśmy się chyba na przeciwległym biegunie. Ciało może sobie krzyczeć i błagać. A my uczymy się tylko skuteczniej izolować od jego wołania.

Medytacja jest niezwykłym doświadczeniem, gdy robi się ją po raz pierwszy. I wcale nie trzeba siadać na dywanie w pozycji kwiatu lotosu i siedzieć tak przez pół godziny. Odłożenie potoku myśli i skupienie się przez chwilę na swoim ciele, oddechu, może trwać pięć minut. I to może być piekielnie ważne pięć minut.

Co się naprawdę dzieje?

Na warsztatach psychoterapeutycznych na temat lęku poznałam ciekawą technikę jego oswajania. Najbardziej znane porady w sytuacji stresowej, lękowej czy nerwowej to: „Oddychaj” i „Policz do dziesięciu”. Tak, to pomaga. Ale jeszcze bardziej pomaga uważność. Skupienie się na tu i teraz. Takim całkiem fizycznym. Rozejrzyj się wokół siebie, uświadom sobie co widzisz. Drzwi, torebkę, framugę, drzewo kołyszące się na wietrze. Zieloną trawę albo beżowe kafelki. A zaraz potem poczuj swoje ciało. Poczuj dotyk ubrania na rękach, sprawdź czy coś jest spięte, czy coś cię boli, czy stoisz prosto, albo siedzisz wygodnie? Chyba najmocniejsze wrażeniowo jest poczucie dotyku ubrania. Bo zwykle, jeśli coś cię bardzo nie uwiera to w ogóle się na tym nie skupiasz i nie masz tego świadomości.

Ponieważ w większości sytuacji działamy mechanicznie, nie rejestrujemy co dzieje się z ciałem. Ono jest, i tyle. Nie boli – to dobrze. Jak boli trochę, to trzeba po prostu się na tym nie skupiać. Nie ma co być mazgajem, któremu przeszkadza jakaś pierdoła.

Zrób sobie takie ćwiczenie w pracy (jeśli masz siedzącą, biurową). Zamknij oczy i pomyśl o poszczególnych częściach swojego ciała. Czy siedzisz prosto? Czy masz luźne czy ściśnięte, spięte barki? Co dzieje się z twoją twarzą? Marszczysz czoło? Nie masz przypadkiem zaciśniętej szczęki? Co dzieje się z twoimi plecami? Są proste czy się garbisz? Bolą czy są neutralne? A nogi? Krzyżujesz? Siedzisz na jednej? Jest ci wygodnie? Jeśli nie, jeśli czujesz się spięty to pomyśl, że w podobnej pozycji spędziłeś parę godzin i jeszcze pewnie spędzisz kolejne. Nie musisz zaciskać tej szczęki. Może poczujesz się od razu lepiej jeśli ją poluzujesz.

Podobnie jest jak marzniesz. Najczęściej podnosisz ramiona do uszu. Chcesz się w nie wtulić, spinasz mocno barki. Ale… to wcale nie pomaga ci się ogrzać. Spróbuj się rozluźnić i zobacz co się stanie.

Rób sobie takie ćwiczenia z zamykaniem oczu i skupianiem się na ciele w różnych sytuacjach (może za wyjątkiem prowadzenia auta). I skup się na odczuciach. Zobacz jakie sygnały wysyła ci ciało.

Potrzebujesz tej dokładki?

Dużych odkryć możesz też dokonać w kwestii jedzenia. A warto się na tym przez chwilę skupić, bo wielu z nas czuje, że ma z tym problem. Przejadamy się, oszukujemy, sięgamy po rzeczy, które mieliśmy ograniczyć. Albo – nie wiemy dlaczego tyjemy, skoro przecież jemy normalnie! Albo w ogóle – zdrowo!

Na pewno słyszałeś, że nie należy jeść przed telewizorem czy komputerem. Bo jesz wtedy więcej, nieuważnie. Pewnie idziesz po dokładkę, bo jakoś tak szybko zniknęło. Wielkie porcje w knajpie też czujesz się w obowiązku wymieść do zera. W towarzystwie, przy miłej rozmowie – jakoś się to wszystko upchnie. Złudne jest też skubanie jedzenia na imprezie, podczas dyskusji, przy piwie, w kinie, w samochodzie, podczas gry planszowej u znajomych, gdy jesteś w emocjach. Znasz też pojęcie zajadania stresu. I pomyśl teraz czy jadłbyś tak, gdybyś przez chwilę skupił się na swoim ciele i zapytał je czy tego potrzebuje.

Ups…

Zacytuję ci fragment książki, która zrobiła na mnie ostatnio duże wrażenie. Rachel Brathen w „Yoga Girl” pisze o medytacji, kontakcie z ciałem i akceptacji tegoż (o tym również opowiem, bo warto!).

„Może ta dokładka wcale nie sprawiła, że czujesz się lepiej. Kiedy żyjemy bardziej w ciele, a mniej w umyśle, dokonywanie przytłaczających dawniej wyborów staje się łatwiejsze. Wiem, że kiedy naprawdę słucham mojego ciała, ono rzadko domaga się dwóch dużych porcji jedzenia. Skoro sięgam po drugą, to zapewne dlatego, że jestem zajęta towarzyską rozmową lub znajduję się pod wpływem emocji. Jeśli pozostanę uważna, będę w stanie ocenić kiedy jestem syta. Spora część tego, co jemy w ciągu dnia wynika z nudów!”

Walka na co dzień

Zaczęłam od tego, że bieganie nauczyło mnie kontaktu z ciałem. Zaczęłam analizować swoje tętno, poznałam masę reakcji fizjologicznych, dowiedziałam się o istnieniu wielu mięśni. Byłam na skraju omdlenia, czułam mdłości przy dużym wysiłku. Uświadomiłam sobie jak działają moje mięśnie, ścięgna, kości, statycznie i w ruchu. Wsłuchiwałam się w nie, czułam dobitnie, gdy się buntowało. No właśnie. Nauczyłam się dzięki temu też skutecznie zagłuszać wołanie tego ciała. To rzecz jasna wcale nie musi być bieganie, a dowolna aktywność. Sportowa czy nie, ale taka, do której podchodzisz ambitnie. Wszędzie tam, gdzie liczy się „mocna psycha”.

Mocna psycha doprowadza nas na metę wyścigów, które wydają się nieosiągalne, sukcesu w rzeczach, które są potwornie ciężkie i zdają się niemal niewykonalne. To dzięki niej jesteśmy w stanie przebiec 240 kilometrów, albo złamać 4 minuty na milę. Wejść na ośmiotysięcznik. Pozostać niemożliwie długo pod wodą. Płaczemy, zgrzytamy zębami i napieramy.

Ból w kolanie podczas wyścigu? „Tylko cienias się tym przejmie! Zacisnę zęby i dobiegnę z tym do mety! Już tylko 50 km!”. Żołądek się buntuje? „No trudno, po 80. kilometrze ma prawo. Najwyżej się zrzygam i pobiegnę dalej!”. Psycha jest mocniejsza. Ona rozkaże ciału wyjść z siebie i wykonać 240% normy.

No dobrze, to są sytuacje szczególne. Wyścig, do którego przygotowywaliśmy się przez pół roku czy rok. Wyprawa, która może się już nigdy nie powtórzyć. Projekt naszego życia. Warto zacisnąć zęby żeby potem nie żałować. Ale my te zęby zaciskamy w codziennym życiu. A im większego szczękościsku dostajemy ścigając się, walcząc o coraz wyższe lokaty, trudniejsze osiągnięcia, tym mocniej zgrzytamy zębami dzień po dniu. Wszak uczymy się przekładać tę naszą mocną psychę na zwyczajne życie.

Pobądź dla siebie dobry

Ale tak samo jak ciało potrzebuje regeneracji po bieganiu, tak samo potrzebuje jej psycha. Jeśli chcesz żyć bardzo intensywnie i spłonąć szybko – napieraj. Ale czy jesteś tego pewny? Te wszystkie rzeczy mają swoje konsekwencje. Umysł-twardziel zamknięty w swojej szklanej kuli nie jest w stanie funkcjonować bez ciała. A ono w końcu powie dość. Psycha doprowadzi je do tego, że się przewróci i samo nie wstanie. Nie będę rysować dalszych scenariuszy, bo z pewnością już wyrysowały ci się same. Chcę tylko powiedzieć – posłuchaj Ignasia. Naucz się słuchać go na co dzień, poświęcać mu parę chwil. Zamykać oczy, pytać czego potrzebuje i zastanawiać się czy nie lepiej byłoby mu to coś dać.

  • Sen zamiast kolejnej kawy.
  • Dwudziestominutowy spacer zamiast irytowania się, że od siedzenia za biurkiem bolą cię plecy i źle ci się myśli.
  • Cieplejsze ubranie, mimo że będziesz wyglądać jak ludek Michelin.
  • Bieganie zamiast czekolady, gdy ci źle i potrzebujesz poprawić sobie humor. Albo taniec przed lustrem przy głośnej muzyce.
  • Przerwę na lunch i chwilę luzu zamiast szybkiej kanapki i nerwów, że utknąłeś w martwym punkcie.
  • Decyzję o zejściu z trasy, gdy kolano wysiada przy starcie o priorytecie C.

Słuchaj Ignasia i bądź dla niego dobry. Przecież go kochasz, nie?

 

3 comments

  1. No cóż – bez ciała daleko nie zajedziemy warto go słuchać.
    U mnie okazało się, że spokojne biegi to taki zazen – teraz nie mam czasu siedzieć, a i kręgosłup trochę się buntował, więc biegam. lepsze to niż piwo i telewizja wieczorem ;)

  2. Świetny tekst, dzięki. Ja akurat wchodzę w pracę z ciałem więc to dla mnie bardzo na czasie. Metoda nazywa się TRE i jest bardzo ciekawa. Może znasz?
    Motyw Ignasia jest super :D
    Akurat dziś Babcia powiedziała powiedziała takie coś: „Jak ma się tyle lat co ja, to trzeba się wsłuchiwać w ciało i na czas reagować żeby nie narobić komuś kłopotów bez potrzeby. Tylko po co piersi o tej „porze roku”… ;)” Rozwaliła mnie tym na łopatki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s