Sojowy a la schabowy. Czemu boli cię o niego d_pa?

– Wkurzają mnie te wszystkie mielone sojowe, schabowe sojowe i smalce z fasoli. Jak tak tęsknią za smakiem mięsa to niech w*ieprzają mięso! – taki przekaz usłyszałam w ciągu minionego miesiąca kilkukrotnie. Mielony czy smalec nie mają jednak nic wspólnego z tęsknotą za mięsem. No to po co takie nazwy? I czy naprawdę kogoś musi o nie boleć d*pa?

Co łączy chorizo, krakowską suchą, parówkę, kaszankę, pierogi ruskie, falafela, ajwar, schabowego i hummus? To, że gdy wymieniasz nazwę tej potrawy od razu wiesz co to jest i jak smakuje. A teraz wyobraź sobie, że te nazwy nie istnieją i za każdym razem mówiąc o kaszance musisz opowiedzieć: kiszka zwierzęca wypełniona kaszą i skrzepłą krwią z przyprawami. Albo o pierogach: zamknięty w specjalnym cieście farsz z ziemniaków, białego sera i cebuli z pieprzem i solą. Zmielone na gładką masę mięso i wszelakie zwierzęce różności uformowane w długie pałeczki. I tak dalej, i tak dalej. Kumasz już?

Celowo podałam w tym zestawieniu również ajwar i hummus. Bo to w pełni roślinne dania, które w nie tak odległych geograficznie krainach mają swoje nazwy własne. I nikt nie musi opowiadać o tym na okrętkę. W kulturach, w których jedzenie roślinne cieszy się uznaniem, albo po prostu jest mocno wrośnięte w kulturę danego kraju, występują specyficzne nazwy dla potraw z roślin. U nas rdzeniem tradycyjnej kuchni jest schabowy z ziemniakami i kapustą zasmażaną. Są parówki, jest mortadela, jest kaszanka. Jest smalec ze skwarkami. Ale są przecież i knedle i kluski śląskie. Są kartacze i babka ziemniaczana. Są wreszcie mielone.

Jak powiesz komuś „mielony” albo „schabowy” wie od razu o co Ci chodzi. Również dlatego, że to specyficzny sposób przygotowania mięsa decyduje o jego smaku i tenże sposób kojarzy nam się z nazwą. Zamawiając w restauracji kotlet mielony wiesz, że dostaniesz zmielone mięso wymieszane z bułką tartą, cebulką i jajkiem, i jeszcze np. obtoczony w panierce z bułki tartej i usmażony. Ale przecież w wyrażeniu „kotlet mielony” nie zawiera się nawet słowo „mięso”. Dlaczego produkty roślinne, zmielone, wymieszane z bułką tartą i jajkiem nie mogą wystąpić pod mianem „sojowego mielonego” albo „kotleta warzywnego”, nie budząc kontrowersji czy złośliwych docinków? To nie tęsknota za wieprzowym czy jakimkolwiek mięsem dyktuje nam tę nazwę. Ale brak innej, specyficznej nazwy, a w dodatku – sposób przygotowania. Taki, że wszyscy wiedzą o co chodzi.

Ze schabowym jest inaczej, zgoda. Tu zawiera się słowo „schab”. A w soi schabu jest 0%. I sojowy a la schabowy to już racjonalny powód do złośliwości. Ale „kotlet schabowy” to właśnie ten specyficzny sposób przygotowania. Rozbite mięso, obtoczone w jajku i panierce z bułki tartej albo z mąki. I na patelnię. A jeśli w ten sposób obtaczasz kawałek soi, to czy naprawdę musisz używać określenia „kawałek soi obtoczony w jajku i bułce tartej smażony na patelni”, żeby nie narażać się na docinki? Albo: „soja w panierce”? Naprawdę nie może być „a la schabowy” w znaczeniu „przygotowany tak jak kotlet schabowy”? Czy naleśników z mąki kukurydzianej, jaglanej czy gryczanej też nie wolno nazywać naleśnikami, bo przecież „naleśnik” to z mąki pszennej?

Smalec z fasoli to już w ogóle fanaberia! „Niech żrą smalec, jak im tego brakuje” – dokładnie tak to ujął mój rozmówca. Ok. W odwodzie mamy zawsze słowo: „pasta”. I używamy go bardzo dużo. Mówimy: „pasta z fasoli z tymiankiem”, „pasta z fasoli z prażoną cebulką”. Jeśli jednak coś jest przyprawione jak smalec to choć tłuszcz zwierzęcy mnie obrzydza i za smalcem nie tęsknię ani trochę – rozumiem co dostanę, gdy znajdę „smalec z fasoli” w menu. Choć osobiście wolałabym żeby mi się ta fasola ze smalcem nie kojarzyła. Bo tłuszcz zwierzęcy wolę w postaci boczków na żyjącym zwierzęciu.

Sama zdecydowanie wolę nazwy, które z mięsem się nie kojarzą. Wolę falafela i pastę z fasoli zamiast smalcu i schabowego. Jednak zwłaszcza w języku polskim nie występuje jakoś szalenie dużo nazw określających dania z roślin, które nie uleżały się jeszcze w świadomości Polaków.

Musi chyba dużo wody w Wiśle upłynąć żeby pasta z białej fasoli przyprawiona majerankiem i z dodatkiem smażonej cebulki doczekała się swojej nazwy, tak jak doczekał się jej za siedmioma górami i lasami hummus – pasta z cieciorki z przyprawami. (Póki co, trzeba przyznać, że poszukiwanie alternatywnych nazw wypada raczej niesmacznie. Lekko odruch wymiotny mam, gdy słyszę określenie „Tofucznica”… A gdy zobaczyłam kiedyś wegańskie sushi z wersji z kaszą określone mianem „kasz-maki”, omal nie odpowiedziałam na to haftem z motywem roślinnym).

Zanim jednak wymyślimy te dobrze się kojarzące i wszystko mówiące nazwy, może po prostu nauczymy się tolerować lub przejść całkiem do porządku nad tym „schabowym”, tak jak tolerujemy zbożową „kawę” Inkę? Ona wszak z kawą ma wspólne tylko to, że jest ciemnobrązowa i pije się ją na gorąco. Albo tak jak herbatę owocową, która przecież herbatą nie jest i słuszniej byłoby ją nazywać naparem z owoców?

Powtórzę raz jeszcze – to nie o tęsknotę za smakiem mięsa chodzi. A nawet jeśli komuś chodzi właśnie o to, to co? Jeżeli ktoś, kto uwielbia smak mięsa, świadomie decyduje się go nie jeść ze względów moralnych, to czy jest to powód do śmiechu? Serio?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s