Pożegnanie z cukrem

Nazywali mnie „Słodką Magdą”. W kieszonce plecaka zawsze miałam ciasteczka BeBe, albo batonik Duplo, prawdziwym rarystaskiem były jajka z niespodzianką.

Nie pomagało rzecz jasna to, że rodzice mieli sklep spożywczy, a półki uginały się od słodyczy, które były na wyciągnięcie moich małych rąk. Zresztą, mogłoby i wcale nie być żadnego sklepu. Pamiętam, że z dostawami cukru radziliśmy sobie w rodzinie wprost doskonale.

Często budził mnie zapach naleśników z jabłkami. A jeśli zbudziłam się wcześniej i schodziłam na dół do kuchni, moja mama już kręciła w kubku ciasto na nie. Pokrojone w plastry jabłka wrzucała na wylane na patelnię ciasto. To nie były naleśniki typu crepes, ale solidne grubaski z zarumienionymi pięknie kręgami owoców. Na tym wszystkim, rzecz jasna, lądowała spora porcja cukru.

Uwielbiałam ziarenka! Potrawa mogła nie mieć soli albo cukru wewnątrz, ale po wierzchu musiała być posypana. No i te naleśniki towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo. Mama nigdy nie żałowała mi słodyczy. Pewnie dlatego, że do dziś pamięta jak zjadła pierwszy w swoim życiu kawałek czekolady. Znalazła go na… ulicy. Porwała, wpakowała do ust i prawie się popłakała, że takie do dobre. Ja w każdym razie płakałam za każdym razem jak mi tę historię opowiadała.

Cukrem posypywaliśmy biały chleb z masłem, albo z gęstą śmietaną. Pamiętam to jako prawdziwy smakołyk mojego dzieciństwa. Duża porcja cukru lądowała w czymś, do czego moja młodsza kuzynka ukuła zgrabną nazwę „Radocha”. Radochą były truskawki z cukrem i śmietaną ugniecione widelcem w szklance. Cukier był wreszcie w koglu-moglu, który nierozerwalnie kojarzy mi się z obiema moimi babciami.

Babcia Ostrowska ucierała żółtka z cukrem ręcznie tak, że były ziarenka, a masa była mocno żółta. Uwielbiałam to! Babcia Karasiewiczowa ucierała mikserem na gładką jasno-kremową masę – smak miał ten kogel-mogel niepodobny do czegokolwiek innego. Słodki był tak, że można by nim diabły torturować. Ale lubiłam to.

I tak mi z tym cukrem zostało. Zrobiłam się pies na ciasta, drożdzóweczki, ciasteczka, czekoladki, słodkie piciu, owoce z cukrem, czekolady na gorąco – wszystko czym mogłabym nakarmić swój głód na słodycz.

sweetmeats
Fot. Istockphoto.com

Po latach zaczęłam jednak dobitnie odczuwać, że z tego cukru rośnie mi koło ratunkowe wokół brzucha. Niewiele jeszcze wiedziałam o działaniu cukru, który jest zwyczajnym narkotykiem dla mózgu i tak samo jak od narkotyku można się od niego uzależnić. I to srogo uzależnić! Ale postanowiłam jeść zdrowo i z biegiem lat odrzuciłam wszystkie oczywiste duporosty, to, co można bez ogródek nazwać słodyczami. Moje sumienie wzięło dzięki temu ciepły i przyjemny prysznic, było czyste i wypachnione.

Cukier zastąpiłam ksylitolem – bo ziarenka były mi potrzebne do szczęścia. A w dodatku takie one fajne i chłodne na języku. Ksylitol lądował więc na zdrowych omletach z samych jajek i owoców (jabłek i bananów). Ale nie sam ksylitol był moją zgubą. Było nią zamiłowanie do dżemów, miodu i „suszonych” owoców. Podaję suszonych w cudzysłowie, bo suszenie to polega w przypadku wielu owoców na zalaniu ich cukrem i olejem. Pyszna żurawinka tylko w połowie składa się z owoców. No i znowu – byłam pies na te dżemy i dżemiki i inne słodkości, które przecież słodyczami nie są. Gdy zaczynałam podjadać dżem łyżeczką ze słoika wiedziałam, że coś się dzieje. Zwykle w takich schyłkowych fazach wskakiwały ze dwa kilogramy. „No ale przecież spalę to w końcu, jestem biegaczką!”.

Wtem wydarzyły się trzy rzeczy, które zadecydowały o moim wielkim pożegnaniu z cukrem – tym zwyczajnym i utajonym.

Pierwszą z nich był film „Cały ten cukier”. Gość (Damon Gameau) przeprowadza na sobie eksperyment, w którym decyduje się jeść taką ilość cukru (pod wszelakimi postaciami – np. fruktozy, która dla większości społeczeństwa alarmująca nie jest), jak przeciętny Australijczyk, by udowodnić jak niezdrowa jest dieta oparta na cukrze. Wychodzi z tego coś strasznego, bo… 40 łyżeczek dziennie! Robi to jedząc pożywienie, które jest przez ogół społeczeństwa uważane za zdrowe, a nawet nazwane „fit”, „low fat” itd. Kupuje jogurty beztłuszczowe, niskokaloryczne, jada kurczaka z ryżem i sosem zamiast udek w panierce w KFC. Kupuje koktajle owocowe reklamowane jako samo zdrowie. I pije soki z własnej wyciskarki, bo przecież to bomby witaminowe. Faszeruje się słodkimi płatkami śniadaniowymi i jedzeniem, w którym producenci starają się ukryć proste słowo „cukier” pod wszelakimi postaciami (fruktoza, maltoza, maltodekstryna, syrop glukozowo-fruktozowy itd.).

Tu muszę wprowadzić jeszcze dwa didaskalia. Po pierwsze Damon od dłuższego czasu funkcjonował na diecie znacznie bogatszej w białka i tłuszcze niż cukier, nie stroni od bekonu, jajek i kurczaków, je dużo warzyw. I chociaż wiem, że dieta oparta na zwierzęcym białku i tłuszczu jest bardzo szkodliwa (o tym też będzie!), to na ten moment warto skupić się na fakcie, że jadł po prostu produkty znacznie mniej przetworzone, i z tego punktu widzenia – zdrowsze.

Eksperyment trwa dwa miesiące, a on cały czas jest pod opieką lekarzy, którzy robią mu badania krwi, ważą go. Często jest na cukrowym haju, ale miewa też cukrowe zjazdy, podczas których słania się na nogach, zasypia, nie wie co się z nim dzieje. Badania pokazują spore spustoszenie sieje w jego organizmie przetworzona dieta z taką ilością cukru.

Po co ładuje się tyle cukru do jedzenia? Między innymi z powodu złego PR-u tłuszczu. Bo przecież tłuste jedzenie tuczy, nie? Chociaż coraz częściej jesteśmy świadomi, że to nie takie proste, to jednak ludzie nadal boją się tłuszcza, a producent wie, że jedzenie ma smakować i uzależniać, nie? Między innymi to eliminacja tłuszczu pociąga za sobą zwiększenie dawek cukrów.

Co jeszcze bardzo istotne – nasz bohater twierdzi, że na cukrowej diecie jadł więcej kalorii niż na swojej niskocukrowej, za to z większą dawką tłuszczu, a mimo to sporo przytył. W ciągu tych trzech miesięcy jego organizm przeżył porządny kataklizm. Było to widać po badaniach, słychać jak opowiadał o swoim samopoczuciu. Był apatyczny i uzależniony od cukrowego haju.

Przejęłam się.

carrot cake with coconut
Fot. Istockphoto.com

Drugie wydarzenie spadło na mnie trochę znienacka. Po jednym wieczorze, gdy wypiliśmy z Krzyśkiem butelkę Proseco na pusty żołądek obudziłam się w nocy z mocnym bólem żołądka. Nie zelżał do rana, a wszelakie sposoby złagodzenia bólu tylko go zaostrzały. Przez trzy dni byłam na owsiankach, kleikach, pieczywie z masłem (co od dawna nie jest już częścią mojej diety). Pachniało to wrzodami żołądka albo może problemem z woreczkiem żółciowym? Choć po kilku dniach boleści opuściły mnie tak, jak się pojawiły – znienacka, to gdy poszukiwałam odpowiedzi na to co się z moim żołądkiem stało, w sposób dosyć magiczny zdiagnozowano u mnie kandydozę. Taką chorobę układu pokarmowego, która polega na przeroście grzybów Candida. A jeśli się ma w dodatku nieszczelne jelita to te grzyby rozłażą się po organizmie, zakładają kolonie w wątrobie, płucach, w różnych miejscach. Jedzą sobie, srają… I choć zdania na temat kandydozy są podzielone, ponieważ niektórzy twierdzą, że taka choroba byłaby śmiertelna, więc jest tylko mitem i straszakiem, dużo zmieniła w moim życiu.

Musiałam na trzy miesiące zrezygnować z cukru. Ba, nie tylko prostego, brązowego, utajonego w postaci syropu fruktozowego, czy suszonych owoców, nawet z miodu! A owoce mogłam jeść w ilości do 150 gramów dziennie. I to było dla mnie zbawieniem. Jak również te boleści żołądkowe, które były dla mnie przypadkowym odwykiem od cukru i gdy dowiedziałam się, że nie mogę już go jeść nie trzęsłam się z rozpaczy. Szybko okazało się, że najdziksza potrzeba zjedzenia chociaż paru małych żurawinek po obiedzie przestała być aż tak dojmująca. Że można nie być ospałym po obiedzie, nie żałować, że zjadło się paczkę bananów suszonych. Że można nie rzucać się na daktyle, nie ślinić się do witryny z fit deserami z mleka kokosowego, musu owocowego albo bezglutenowego ciasta marchewkowego czy brownie z cukinii i kaszy jaglanej.

Trzy miesiące minęły, a ja wcale nie chcę wracać do cukru. Nawet owoce już nie są dla mnie tak atrakcyjne. Nadal jestem pies na orzeszki – nerkowce czy migdały, jadam sporo kasz. Ale to już naprawdę można nazwać zdrowym żywieniem. Mogę też siedzieć w „Ciachomanii” przy Bulwarach Młodości na Straconce w Bielsku-Białej i patrzeć jak Krzysiek pochłania dwa duże kremowe ciacha, i sama pić tylko herbatę.

Ostatnią rzeczą, która dopełniła całości była książka „Cudowna lekkość brzucha” dr Chutkan, która wyjaśniła mi, że od najwcześniejszego dzieciństwa pracujemy na to jakie „towarzycho” zamieszkuje nasze jelita. Bakterie łase na cukier mają tu swój ważny głos. I potrafią sprawnie wymóc na głowie dostawy tego cukru, zwłaszcza jeśli żyją w dużej gromadzie. Nagradzają dodatkowo nasz mózg za to, że chapnęliśmy coś słodkiego. No i mózg się przyzwyczaja do dobrego i wysyła sygnał do oczu „Zobacz! Pączuszek”, do rąk: „Łap tego Pączuszka!”, wreszcie do buzi: „Chapaj tego Pączuszka!”. „Ooooo, ale dooooobrzeeee”. Oj już ja wiem jak ta moja ekipa w jelitach wygląda po tylu latach buszowania w słodyczach! I czuję się zmanipulowana przez tych małych ziomków tam na dole. Sporo czasu minie zanim zagłodzę część tych drani, ale jestem na dobrej drodze.

I naprawdę czuję się teraz WOLNA.

3 comments

  1. Ten wpis przeczytałem trzy tygodnie temu. Później jeszcze ze 2 razy, potem obejrzałem „That Sugar Film” i z 5 wystąpień TED o cukrze i przeczytałem jeszcze raz.

    Od dwóch tygodni nie zjadłem gofra, mimo, że w czwartek Pani z kawiarni obiecała mi, że jak tylko zechcę to zrobi mi z podwójną bitą śmietaną i dodatkową czekoladą. A tylko jej wspomniałem, że kiedyś jadłem i były smaczne.

    A Szwagierek zawsze wpadnie z garścią mandarynek i dorzuci słodkiego batonika.

    No i żonka dostanie w prezencie paczkę merci albo biszkoptów. Potem z radością i uśmiechem chętnie zrobi ulubiony deserek cukrowy, czy szarlotkę.

    W pracy chłopcy poczęstują ciastem, przyniosą delicje lub ptasie mleczko, a i zwykle nie wszystkie kawałki pizzy wszamają.

    Znam kilka historii, 25-latki, która skończyła jeść ciasteczka, bo wpadła w cukrzycę, kolesia, który słodycze odstawił na 6 tygodni, bo walczyli w rodzinie z bakteriami lamblii. A zdrowy człowiek, po co miałby to robić?

    Ale i tak chciałem podziękować, bo przypomniałem sobie, że istnieje Pumpernikiel, oraz okazało się, że nie jestem uzależniony mentalnie, a jedynie kinetycznie. Syndrom niespokojnych rąk w pobliżu słodkości jeszcze działa. Nie kusi mnie, by robić kakao z ksylitolem.

    Co Ciebie inspiruje do układania diety? Czym się kierowałaś, co odstawiać, a co dokładać do gara? Gotujecie z Krzyśkiem razem i jadacie to samo, czy macie dwa bufety?

    Myślę, że do czerwca mogę nie jeść słodyczy. Ale małe kilogram, czy dwa, czereśni w sezonie chyba nie zaszkodzi, prawda? Mam je na wyciągnięcie ręki, bo rosną w sadzie za oknem. Nie mogę patrzeć, gdy jedzenie się marnuje.

    • Cierpiałam patrząc jak szpaki żrą nasze jabłka w sadzie :-) Na szczęście (choć tak naprawdę na nieszczęście) jabłonki okazały się być chore i jednak owocami słusznie zajęły się ptaki. Jedzenie owoców, w takiej ilości jak sobie serwowałam też nie jest szczególnie potrzebne. Według teorii – lepiej inwestować w warzywa. Dietę układam sobie sama. Będę z Tobą bardzo szczera. Jednak to, jak się jadło przez całe dzieciństwo mocno w nas wrasta i pokutuje. Takie mam wrażenie. Bo po zdrowym jedzeniu, które UWIELBIAM, uważam, że jest zdrowe i cieszy mnie bardzo, że tak właśnie jem, niestety – często czuję się kiepsko :-( A tłuste fryty z oleju wpadają bez najmniejszego problemu. Żadnego bólu brzucha… Jaka w tym logika? Intensywnie myślę żeby nawiązać współpracę z dietetykiem.
      Przez czas mojej ostrej diety jadaliśmy z Krzyśkiem osobno. Nie odbiło się to super na nas obydwojgu. Jednak co razem to razem. Ja, po pół roku diety wegańskiej wróciłam do jajek i ryb. I już jadam owoce. Omlety znowu jemy razem. Czasem dodam odrobinę słodyczy. Nawet zdarzało mi się już zjeść bezglutenowe babeczki i trochę miodu. Ale przyznam, że mam póki co niesmak po cukrze. I cieszę się z tego odzwyczajenia. Mam nadzieję, że się utrzyma. Czereśni sobie nie żałuj. Nie przeginaj – ale ostatnio akupunkturzysta mi powiedział, że: „Słodki smak też jest potrzebny, pani Magdo. Pani się troszkę wyluzuje z tymi reżimami”. :-) Więc – pół roku bez cukru – polecam gorąco. A potem – odrobinkę, dla umiaru i przyjemności. A jak umiar zacznie się kończyć to znowu przywołać się trochę do porządku. Trzymam kciuki!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s