Dlaczego nie biegam?

„No jak tam, Madzia, biegasz już coś? Jak tam noga?” – to pytanie stało się moim towarzyszem wierniejszym niż pies. Na początku odpowiedź przychodziła z łatwością, wszak kolano jeszcze bolało, nie było stabilne gotowe. A jak zaczęło być gotowe okazało się, że moja głowa już nie. A wkrótce przyszła też refleksja, że do TAKIEGO biegania to już raczej nie wrócę.

Kolano, jak na ponad 11 miesięcy po operacji, rekonstrukcji więzadła krzyżowego i szyciu łąkotki, jest może nie jak nowe, ale w bardzo przyzwoitym stanie. Wiecie jak wygląda virasana? To taka pozycja w jodze. Siadasz w siadzie klęcznym, ale tak, że zamiast posadzić pupsko na piętach, rozsuwasz stopy na bok i siadasz między nimi. Mięśnie łydek wysuwasz spod ud na boki i kładziesz się na plecach. No więc kolano zgięte w chińskie osiem. A ja w tej virasanie mogę się nie tylko położyć ale i porozmawiać z nauczycielką jogi, która stoi mi na udach. Nie da się ukryć, że najgorzej to z tym kulasem nie jest. Ludzie biegają na gorszych (ba, biegają nawet całkiem bez nogi, jak świętej pamięci bohater Kanady Terry Fox). Nie żebym całkiem nie czuła dyskomfortu w kolanie, ale gdybym powiedziała, że mi przeszkadza byłby to ewidentny rąbek u spódnicy złej baletnicy.

Sporo drewna wypaliło się w naszym kominku zanim odpowiedziałam sobie na pytanie dlaczego już nie biegam i wcale mnie do tego nie ciągnie.

Jako pierwsza pojawiła się wizja, że może zniechęca mnie wizja powrotu na sensowny poziom po tak długiej „abstynencji”. Że zanim odbuduję tamtą formę, to Facebook zacznie mnie spamować reklamami płynów do czyszczenia sztucznych szczęk. Ale nie. Wiem przecież, że znacznie łatwiej i szybciej wraca się na jakiś poziom niż wchodzi nań po raz pierwszy.

Kolejna wizja była taka, że poza urazem kolana doświadczyłam też kontuzji głowy. Może moją głowę poważnie poszkodowało te kilka lat ciągłego przełamywania swoich słabości? Walki o minuty czy sekundy urwane od życiówek? Rywalizacji z mocnymi zawodniczkami, z którymi przecież chętnie bym pobiegła razem i pogadała, no ale ścigać się trzeba? Wreszcie podnoszenia rękawic rzuconych przez kolegów, dla których moje wyniki były buldożerem równającym z ziemią ich ego? Tej koncepcji trzymałam się bardzo długo.

Zdałam sobie również sprawę z tego, że tak często zarzynałam się wcale nie dla siebie i sprostania swoim celom i ambicjom, ale dlatego, że czułam, że inni tego ode mnie oczekują. Mimo że przecież dla innych moje wyniki są tak ważne jak zeszłoroczny śnieg. Ale nie. To też sobie odpuściłam. Pomyślałam, że przecież wcale nie muszę do tego wracać w takiej właśnie formie.

Trzecia wizja była trochę jak wysypka na tyłku – niewygodna i wstydliwa. Może to lenistwo? Zwyczajnie leń ze mnie i mi się nie chce? Przecież żeby sensownie biegać, ba, nawet tak dla przyjemności, to przecież trzeba się napocić. Naudeptywać ścieżki w lesie. Nasapać. Kilometrów nakolekcjonować. No i co, tak wrócić do biegania z 5 razy w tygodniu? Bo tak ze trzy razy w tygodniu po trzy kilometry brzmi trochę jak… plecenie trzy po trzy. Ale nie.

Codziennie przecież chodzę z psami na spacery. Gdybym zamiast przyodziewać kalosze zakładała zębate mudlawy to trening robiłby się sam. No i jakoś bym się wdrożyła. Poza tym chodzę maniakalnie na jogę i czasem wstaję chwilę po szóstej żeby sobie machnąć powitanie słońca w świetle świec. Albo obcieram pachy, pachwiny, brzuch i obijam piszczele i żebra na pole dance. No więc chyba jednak to nie lenistwo.

Bieganie, zwłaszcza to ultra, było ogromnie ważną częścią mojego życia. Pozwoliło mi przełamać wiele lęków, uświadomić sobie na jak wiele mnie stać. Dowiedziałam się, że nie jestem słabeuszem, chorowitym cherlakiem o mięśniach w stanie głębokiego zaniku. Sprawdziłam, że mogę przebiec 125 kilometrów i zająć siódme miejsce w europejskiej stawce, czy przez 6 dni biegać po pustyni, gdzie nawet wielbłąd pokazałby ci faka, gdyby umiał, w odpowiedzi na wielbłądzią wersję „wiśta wio!” (czyli Yalla! Yalla!). Ale nie tylko.

Zebrałam taki bagaż pięknych doświadczeń, że powinnam chyba kupić sobie tego wielbłąda żeby go za mną nosił. Te wszystkie ranki i wieczory, wschody i zachody słońca, wschody księżyca. Poranna rosa, zarysowujące się skaliste szczyty w wątłym świetle poranka. Mgły i rzęsisty deszcz. Burze, przy których nawet rycerz nawaliłby w zbroję. Te wszystkie miejsca, zapach kamieni, mokrej gleby, smak słonego potu, słodkich łez. Wieje trochę kiczem, ale bieganie ultra potrafi być doskonale kiczowate. I tak wiele z tych wyjątkowych chwil przeżywałam z mężem czy przyjaciółmi. Nie musieliśmy nic mówić – patrzyliśmy tylko na siebie, uśmiechaliśmy się i wiedzieliśmy, że oni przeżyli to samo. Ależ to było piękne! Ależ tego było dużo i ależ to było ważne! Był czas na tę naukę, na tę walkę i rywalizację, na doświadczanie tego wszystkiego. Był mi bardzo potrzebny i zbudował dzisiejszą mnie.

PDS_2208.jpg

Na pytanie o to dlaczego nie biegam znalazłam bardzo prostą odpowiedź. Pamiętacie te filmy, które były tak naszpikowane kosmicznymi efektami specjalnymi, że lepiej je było oglądać z pieluchą na tyłku? Laserowe miecze, latający ludzie, przerażające dinozaury? Ale to był czad! Po latach oglądamy je z sentymentem ale niektóre są już trochę śmieszne, inne wręcz wieją sandałem. Dziecko powie Wam: „Mamo, weź, ale to kaszana. Przecież widać, że ten dinozaur ma wąsy i pewnie nazywa się Janusz”. Ale Ty wiesz jakie to wtedy było wielkie i ważne, i dinozaur Janusz cię wcale nie śmieszy. Tylko że teraz cię już nie przeraża.

Albo – pamiętacie jakimi rarytaskami były ciepłe lody, gumy balonowe i jak ślinka ciekła na myśl o wyrobie czekoladopodobnym czy oranżadzie? To naprawdę były wtedy super rzeczy! Ale dziś? Dziś już nie mają tego smaku, nie niosą tej fascynacji.

Na wszystko jest czas i miejsce. Ja już nie biegam, bo gdy dzięki mojej kontuzji i operacji musiałam zejść za kulisy tego ultra teatru, to odnalazłam tam zakurzone pudło ze swoimi pasjami, o których zapomniałam. Bo bieganie było nasze wspólne, bo stało się moim światem. Siadłam przy tym pudełku, obejrzałam te swoje dawne pasje z wielkim rozrzewnieniem i poczułam, że były dla mnie ważne. Bo to byłam po prostu ja. Ja śpiewająca, ja w psie z głową w dół, ja z psem, ja w teatrze i ja zakopana w książkach, na poważne ale i całkiem niepoważne tematy. Ja pisząca nie tylko o bieganiu, ale o tym co lubię. Ja mająca bzika na punkcie diety i zafascynowana ludzkim ciałem. Ja namiętnie grająca na komputerze. Ja spędzająca długie wieczory na rozmowach o stosunkach międzyludzkich, a nie kilometrach czy butach do biegania. Ja tańcząca. Ja wspinająca się i chodząca po jaskiniach. Ja rysująca.

Poczułam, że teraz nadszedł w moim życiu czas na schowanie do tego pudełka biegania właśnie. Wyciągnięcia i odkurzenia tego, czemu nie pozwoliłam się rozwinąć, bo przecież to takie niepoważne rzeczy. Bieganie i biegowe dziennikarstwo, jak i organizacja biegów czy konsultacja biegowych książek nauczyły mnie, że można żyć z tych niepoważnych rzeczy, a nawet jeśli nie „żyć”, to trzeba dać im się rozwijać. Rozwijać swojemu „JA”.

Budzę się o tej 6-7 rano. Zapalam świeczki i witam słońce na dywanie. No, przynajmniej dopóki psy liżąc mnie po uszach, oczach czy pod pachą nie dają dobitnie znać, że czas na spacer. Idziemy więc na łąkę i do lasu, i jestem szczęśliwa. Patrzę jakie kolory mają liście, czy trawy pokrywa szron, czuję ciepły wiatr. Nie myślę o niczym tylko patrzę na podskakujące zadki moich whippetów.

Po śniadaniu siadam do pracy. Piszę o bieganiu :). Gdy rozmawiam z biegaczami widzę znajomy błysk w ich oczach. Ale moje oczy błyszczą wtedy, gdy wieczorem wsłuchuję się w swoje ciało na jodze, gdy smakuje mi pasta z fasoli i jarmużu, którą właśnie wymodziłam w kuchni „na szybko”, gdy po raz pierwszy udaje mi się samodzielny hand spring na rurze. Gdy czytam o fascynującym świecie jelit albo uczę się o swoich lękach na warsztatach psychoterapeutycznych. No i wtedy, gdy wychodzę na scenę by zaśpiewać piosenkę Marlene Dietrich.

Najważniejsze jest to by mieć pasję, niezależnie czy będzie to bieganie czy cokolwiek innego – o tym pisaliśmy w „Szczęśliwi biegają ULTRA”. Na spotkaniach autorskich ludzie pytali nas o to co by się z nami stało gdybyśmy musieli przestać biegać, albo poczulibyśmy się znużeni takim życiem. Odpowiedzieliśmy wówczas, że taki moment pewnie nastąpi, ale nie jesteśmy nim przerażeni. Ja czułam, że tym co z biegania na pewno na zawsze zostanie w moim życiu są góry. I są, teraz już na wyciągnięcie ręki.

Czy bieganie zostanie w tym pudełku na zawsze? Kto to wie? Zdecydowałam się jednak spojrzeć na siebie szerzej i spróbować nowych, innych rzeczy. To zdecydowanie rok zmian. Co mi one przyniosą? Nie mam pojęcia. I to chyba fascynuje mnie najbardziej.

5 comments

  1. Duzo tekstu, po to, by powiedziec w sumie oczywista rzecz: juz mi sie znudzilo, jaraja mnie juz inne rzeczy. I okey – normalna kolej rzeczy.

  2. Każdy ma swoje zajawki, ale każda z nich może się po pewnym czasie znudzić. Trzymam kciuki za spełnianie się. Czy to w bieganiu, czy w czymkolwiek innym :)

Odpowiedz na Tomasz Ożarowski Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s