Z cyklu: Przychodzi kontuzja do biegacza. #1 Łąkotka sucks

Pięć miesięcy starałam się o wyleczenie łąkotki bez operacji. Nie pomogło niebieganie, nie pomogły czynniki wzrostu i chodzenie o kulach przez 3 tygodnie. Musiałam spojrzeć prawdzie w oczy. Nie ma co chodzić z dziurą w kolanie. Trzeba brać igłę i nitkę i szyć. Jak do tego doszło? I czego się przez ten czas nauczyłam?

– Kurde blaszka, muszę tylko uważać żeby nie skręcić kolana! – cedziłam sobie w myślach przez zęby, o ile tak się w ogóle da. Jak ja cholernie nie chciałam wskakiwać na ten pieniek! No ale gość* z Poznania przyjechał, rzadko się widujemy, to trzeba było zrobić dla niego coś specjalnego. Ja chciałam pobiegać na orientację, a mój mąż Krzysiek* wolał ugościć Krzyśka-gościa czterema porcjami wskoków na pieniek (z braku skrzyni w lesie, ot taka krosfitowa zabawa). Porcje syte po 20 sztuk dorodnych wskoków na nie tak znowu mały pieniek. Skakałam, bo jestem (byłam?) w tym dobra. No i nie było co się mazgaić, że ja nie chcę, bo przecież to by był wstyd przed Krzyśkiem i przed Krzyśkiem-gościem. Lądowałam w pełnym siadzie, na zmęczeniu prawe kolano uciekało mi do środka. Potem zeskakiwałam i od razu wybijałam się do góry. Raz coś mocno przeskoczyło, ale że bezboleśnie to w mej głowie tylko pojawiła się fraza od której zaczęłam ten przydługi wstęp. Trening zakończyliśmy jeszcze rundką po lesie i wbiegiem na Kazurkę, górkę pod Lasem Kabackim w Warszawie. Dobiegłam jeszcze do domu, poszliśmy na uroczą ustawkę w knajpie ze znajomymi. Dzień jak co dzień.

[* Żeby nie było, że zwalam winę na Krzyśka-gościa czy Krzyśka-męża – skakałam sama, przymuszona tylko bardzo silną osobistą chęcią nie bycia leszczem.]

Ale noc już zdecydowanie nie jak „co noc”. Obudził mnie ból i pierwsza absolutnie pewna myśl: „O matko, rozwaliłam łąkotkę!”. Żaden ze mnie znawca, ale jednak jeśli nie zaczęło boleć od razu to chyba nie rozwaliłam jakiejś miękkiej struktury. Stwór w moim kolanie musiał mieć czas żeby się rozpanoszyć, wywołać opuchliznę i ból. Druga, już bardziej racjonalna myśl była taka, że ja to przecież w ogóle się nie znam i że na pewno za kilka dni przejdzie.

Nie przeszło. Umówiłam się zatem z Ewą Witek-Piotrowską z Ortorehu, w tym samym czasie pisząc do Tomka Gawrona od ARP Wave – czyli rażenia prądem. Tomek przyjął mnie jako pierwszy, ale gdy po kilku sesjach nie wydarzyło się nic szczególnego, podrapał się w głowę, spojrzał mi w oczy i powiedział: „Zrób rezonans, co?”. Zrobiłam. Opis potwierdził pierwszą myśl, która nawiedziła mnie po przebudzeniu tamtej nocy po feralnym treningu. „Cechy skośnego uszkodzenia w rogu tylnym łąkotki przyśrodkowej od strony piszczelowej, dochodzące do korzenia kłykcia przyśrodkowego kości piszczelowej w części tylnej”.

zrzut-ekranu-2015-12-15-18-41-21
Ta ciemna struktura oddzielająca dwa okrągłe kształty (kości – udową i piszczelową) to łąkotka. Widzicie białą skośną szczelinkę? Ona uczyniła z mojej łąkotki zębate stworzenie kąsające i uwierające wrażliwe struktury w tej okolicy. Rezonans z CM Gamma.

Pęknięcie jaśniało białą kreską w szarej masie mojej meniscus medialis. Psia krew! Można mielić nogami kamienie wielkości głów kapusty na najtrudniejszych zbiegach europejskich wyścigów ultra, można pędzić w dół jak lawina po stoku tak stromym, że nawet owcom nie chce się pofatygować po rosnącą na nim trawę. Można po 20 godzinach ciężkiej orki w górach biec na wyginających się we wszystkie strony nogach po paskudnie kamienistym i usłanym korzeniami szlaku, upadając co chwila. Można wyjść cało ze stu sytuacji, które przeczą prawom fizyki. A później, rozwalić się głupio, wskakując na pieniek w lesie, bo nie chce się być cieniasem. Z tą świadomością podchodzisz do ściany i masz ochotę z piętnaście razy walnąć w nią głową, za każdym razem powtarzając jakiś niecenzuralny, krótki wyraz zawierający w swej treści literę „r”, żeby dobrze brzmiało. W dodatku moja łąkotka nie chciała być tak miła jak łąkotki niektórych znajomych, którzy raczyli mnie opowieściami: „Eeee, ja już od lat mam pęknięte obie i biegam, bo mi nie przeszkadzają”. Cóż. Moja przeszkadzała. Bolała jak dużo stałam, wymusiła bym nauczyła się sikać w lesie nie kucając tylko… hm, nazwijmy to telemarkiem. Nie pozwalała mi zgiąć do końca kolana. O bieganiu łąkotka nie chciała nawet słuchać. Cóż, taka jej uroda, i taka uroda pęknięcia, najwyraźniej.

Spodziewałam się, że wstąpi we mnie dzika furia, albo chociaż na poważnie się załamię. Miałam za sobą najlepszy w życiu trening do maratonu. Wyhodowałam drzewo, z którego mogłam zrywać piękne owoce. Życiówka na dychę, życiówka w półmaratonie, życiówka w maratonie. 3:14 zrobione w Łodzi to wynik o całe osiem minut lepszy niż poprzedni z Krakowa. Teraz należało to tylko przekuć na dobry sezon w górach. Tymczasem mieliśmy za sobą nieudany start w Biegu Rzeźnika, w którym mocno zaryzykowaliśmy, a przy okazji fatalnie rozegraliśmy taktycznie ostatnie dwa dni przed biegiem. Cóż, zdarza się. Należało tylko odpocząć, wrócić do spokojnego treningu i zrywać kolejne jabłka. Życiówkę na 80, życiówkę na 100, lepszy niż w poprzednim roku występ w Marathon 7500 i na jesieni – sprawdzić się na trasie wymarzonego Ultra Pirineu. Pęknięta łąkotka ścięła to drzewo, a jabłka uschły.

Nie wiem jakim cudem świat w mojej głowie się nie załamał. Ludzka psychika zdecydowanie jest kobietą, która zawsze potrafi zaskoczyć. Moja zaskoczyła mnie bardzo. Na własnej skórze miałam się przekonać jak to jest być biegaczem uziemionym, na wiele miesięcy odciętym od tego, co lubi najbardziej. Wiele w naszym, moim i Krzyśka życiu uległo zmianie. W maju wyszła nasza książka „Szczęśliwi biegają ultra”, w której opowiadamy między innymi o swoim zakręconym wokół biegania życiu. A od połowy czerwca nie postawiłam żadnego biegowego kroku. Wiele razy jeździłam do sklepów biegowych, Empików, by opowiadać o tym jak fantastyczną przygodą jest bieganie po górach, choć błota, kamieni i korzeni nie czułam pod stopami od miesięcy. Wyróżnienie za „Biegową książkę roku” podczas Festiwalu Biegowego w Krynicy Krzysiek odbierał sam, bo ja byłam kulawcem po podaniu czynnika wzrostu.

szczesliwi-biegaja-ultra-w-poznaniu-fot-natural-born-runners
Spotkanie w Poznaniu w Natural Born Runners. Opowieści o bieganiu ultra, poświęceniach, miłości do gór i… drażliwe pytania: „No co to jeszcze planujecie w tym sezonie?”. Fot. Natural Born Runners

Odkryłam w sobie jednak wielkie pokłady cierpliwości. Zatrzymałam się na chwilę, rozejrzałam dookoła i znalazłam jeszcze więcej fascynujących rzeczy, na które przez wiele lat nie miałam czasu, albo energii. Albo po prostu zapomniałam, że tak je uwielbiam. Wiele rzeczy się w moim życiu przewartościowało. Odkryłam do czego najbardziej chcę wrócić, gdy już będę sprawna. Co najbardziej popycha mnie do wydania tysięcy złotych na operację, do dobrej rehabilitacji, i co przypomina mi o byciu cierpliwą. Mam też nadzieję, że prawie roczna przerwa, która będzie się wiązała z moim skręceniem kolana nauczy mnie kiedy warto powiedzieć sobie: „Dziś mogę być cieniasem. Chrzanię, nie robię!”.

Jestem (mam nadzieję) w połowie drogi między dniem, gdy łąkotka pokazała mi środkowy palec, do dnia, gdy (znów – mam nadzieję) zechce wybrać się ze mną na kolejny trening. Za mną pięć miesięcy starań o wyleczenie jej bezinwazyjnie. Rehabilitacja, czynniki wzrostu, odpoczynek i znowu – rehabilitacja, nauczyły mnie tylko cierpliwości i pokazały jak frustrujące jest oczekiwanie na „cud”, gdy nie za bardzo się w niego wierzy. Gdy po pięciu miesiącach mały żarłacz w kolanie nie przestał dokazywać zdecydowałam się zrobić operację. Nie obyło się bez niespodzianek i przygód, które zaprowadziły mnie na stół operacyjny przez Gdańsk do Poznania, choć mieszkam w Warszawie. Leżąc otumaniona i pozbawiona czucia od pępka w dół, gapiąc się w monitor, na którym oglądałam film pt. „Podróż do swojego wnętrza” z moją łąkotką, kością udową i piszczelową w roli głównej, usłyszałam, że rozwalone mam również więzadło krzyżowe. Najlepiej byłoby je od razu zrobić, bo jak to zostawimy to szlag może trafić szytą łąkotkę i inne elementy mojego kolana. „Ok. Kiedy wrócę do biegania?”, zapytałam. Zza maski na twarzy doktora Macieja Pawlaka, operującego mnie ortopedy składającego też kolana chłopaków z Lechii Gdańsk, usłyszałam: „Za pół roku”. Gotowa byłam raczej na dwu czy trzymiesięczny powrót do sprawności. Ale zdecydowałam się na nowiutkie więzadło, dosztukowane z kawałeczka mięśnia półścięgnistego. W kilka dni po operacji, obserwuję swoje dziurawe jak szwajcarski ser kolano i czuję się dobrze. Bo mam wrażenie, że wreszcie naprawdę zbliżam się do tych pierwszych biegowych kroków.

Wpis pochodzi z magazynbieganie.pl, gdzie opublikowałam 6 części swoich „Łąkotkowych opowieści z krypty”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s