Dlaczego ta mama taka zadumana?

Nie pamiętam zbyt wielu piosenek z dzieciństwa. Ale kilka z nich przykleiło się mocno do mojej głowy. Kiedyś były trochę śmieszne, trochę niezrozumiałe, abstrakcyjne. Dziś, gdy je sobie nucę widzę w nich drugie dno. Zwłaszcza w tych o mamach, które błądzą myślami daleko, chodzą zadumane i płaczą o poranku.

Eduardo Taboada/Pixabay

Jako mała dziewczynka w piosence o zadumanej mamie widziałam przede wszystkim historię o zabawnie roztargnionej kobiecie, która nie do końca ogarnia rzeczywistość wokół niej.

Nasza mama, mama zadumana
Mama zadumana cały dzień
błądzi myślami daleko
codziennie przypala mleko.
Na łące zrywa kwiaty
i sól sypie do herbaty.

Nasza mama wspaniała kucharka
krokodyla wrzuciła do garnka.
Krasnoludek wpadł jej do sałaty
a w piecu piecze się zegarek Taty.

Dziś, jako dorosła kobieta, ze wszystkim co o kobietach wiem, po wielu doświadczeniach i refleksjach widzę w tej piosence znacznie więcej głębi. Bo czym ta mama jest tak zadumana? Co tak bardzo pochłania jej myśli, że przypala mleko i sypie do herbaty sól? Gdzie krążą jej myśli, co przeżywa? Czy zegarek taty piecze się w piecu na pewno przez przypadek? A może to jej pasywno-agresywny sposób na okazanie gniewu? Widzimy tę mamę oczami jej dziecka, słodko nieświadomego, nie mogącego wiedzieć, co stoi za owym roztargnieniem. Może mama ma kochanka i to myśląc o nim udaje się na tę łąkę zrywać kwiaty? Może jest szczęśliwa krążąc myślami daleko od domu. A może zupełnie nie. Może walczy z mrokiem, z poczuciem, że już nic w życiu jej dobrego nie czeka. Może żałuje, że wybrała taki, a nie inny kierunek. Być może wraca myślami do czasu, w którym mogła wybrać całkiem inaczej. Może wspomina dawną miłość, czasy studiów. A może walczy z chorobą, z którą nie wie czy wygra. To wszystko mocno mi kontrastuje z wesołą melodią tej piosenki.

W zupełnie innej piosence, pomiędzy dwoma całkiem oderwanymi od siebie historyjkami, poznajemy kolejną mamę. Właściwie nie wiadomo po co są tam te historyjki, choć to niewątpliwie nadaje narracji bardziej dziecięcy charakter. Tym, co wyłania się na pierwszy plan jest jednak właśnie doświadczająca trudnych uczuć mama.

Pewnego razu Kinga, 
spotkała Wikinga.
Mieszkał na obrazku,
zrywał się o brzasku
i zwiedzał wielkie morza,
a Kindze było go żal.

A ja wolę moją mamę,
co ma włosy jak atrament,
złote oczy jak mój miś
i płakała rano dziś.

Pewnego dnia Dorota
znalazła w lesie kota.
Wzięła więc go do domu
zamiast go dać byle komu.
I świetnie się bawili
i w zgodzie sobie żyli.

A ja wolę moją mamę,
co ma włosy jak atrament,
złote oczy jak mój miś
i płakała rano dziś.

A ja wolę moją mamę,
co ma włosy jak atrament,
złote oczy jak mój miś.
Może się uśmiechnie dziś?

A ja wolę moją mamę,
co ma włosy jak atrament,
złote oczy jak mój miś.
Może się uśmiechnie dziś?

Być może dziecko, które śpiewa, chciałoby opowiedzieć o swoich koleżankach, jak to dzieci mają w zwyczaju. Ale te wątki giną w piosence. Nie wyłania się też żadne tło. Nie wiemy czy wciąż jest z nimi tata, dlaczego mama płacze. To “może się uśmiechnie dziś” daje mi też dziwne poczucie, że nie uśmiecha się zbyt często. 

Pexels/Pixabay

I z tych przemyśleń wypływają mi dwa wątki. Jednym z nich jest to spojrzenie dziecka na swoją mamę. Rodzica. Wyjawianie swojego rozumienia sytuacji za pomocą dziecięcej piosenki. Dzieci widzą. Czują. Przeżywają. Tłumaczą sobie jakoś to, co dzieje się z pogrążonymi w swoich emocjach rodzicami. Poszukują swoich interpretacji i znajdują takie, które są w stanie objąć własnym rozumem. Na poziomie emocjonalnym odbierają uczucia rodziców bardzo silnie i ta część pozostaje poza sferą rozumienia. I to, co nie zostaje nazwane zostawia w nas ślad, choć nie jesteśmy go szczególnie świadomi. Ale tym wątkiem, choć jest szeroki nie będę się dziś zajmować. Może kiedyś.

Dziś na pierwszy plan wychodzą przemyślenia związane z tymi mamami z piosenek. I wszystkimi tymi, o których nikt nie zaśpiewał. Mama jest dla dziecka kimś odrealnionym. Silniejszym. A przecież jest po prostu kobietą z krwi i kości z całym wachlarzem uczuć i problemów. Musi sobie poradzić nie tylko ze swoimi uczuciami i problemami, ale również z tymi, których doświadczają jej dzieci i inne bliskie jej osoby. Nie może się rozsypać na kawałeczki. A przecież czasem jednak wewnętrznie się rozsypuje.

Na przestrzeni dziejów kobiety doświadczały dyskryminacji, musiały znosić poniżenia, przemoc, zdrady. Zwłaszcza w czasach, gdy były tak bardzo zależne od swoich mężów. Mimo wewnętrznego wkurwu, żalu, bólu zachowywać pokorę. I uczyły tego swoje córki. Znoszenia, przełykania tego wszystkiego, co ktoś każe im przełknąć i wziąć na wątłe barki, które pod ciężarem musiały stawać się coraz silniejsze. Wybierały różne strategie. Jedne wchodziły w rolę pokornej i ciepłej żony i matki. Odstawiając siebie na sam koniec kolejki osób, których smutków trzeba wysłuchać, których potrzeby trzeba zaspokoić. Inne uczyły się wyrażać swą złość w zawoalowany sposób, poprzez pasywną agresję. Słowem, uczynkiem, po cichu. Jeszcze inne obracały gniew przeciw sobie i nikły w oczach, starając się unieść i pomieścić wszystko, zapadały się w choroby psychosomatyczne. Niektóre wybrały męską drogę. Chciały całkowicie odciąć się od kobiecości i zadawały sobie wiele trudu by wojować w “męskim świecie”. Siłując się z samymi sobą i wszystkimi naokoło, choć często na próżno, bo nie potrafiły znaleźć sobie miejsca ani wśród mężczyzn, ani wśród kobiet. W testach osobowościowych kobiety osiągają wyższe wyniki na skali neurotyzmu – chwiejności emocjonalnej i tendencji do negatywnej emocjonalności. Niektórzy starają się znajdować biologiczne wytłumaczenia dla tej różnicy między płciami. Jednak podwyższony neurotyzm jest wspólną reakcją tych, którzy czują się prześladowani. Wszyscy zostaliśmy wychowani w ograniczeniach, choć były one różne dla kobiet i mężczyzn. Każdego z nas uczono, że mamy jacyś być, a jacyś nie być. Nie po złości. Kobiety wychowywały swoje córki tak, by umożliwić im przetrwanie w trudnych warunkach. Przekazywały im mądrości o tym, jakie sposoby się sprawdzają, jak się przystosować. Wiele z nich nam już dziś nie służy. Bo świat się zmienił. Jeszcze wiele czasu minie zanim to sobie poukładamy. 

Mamy z tych piosenek płaczą i są roztargnione. Być może musiały tkwić w nieszczęśliwej dla nich sytuacji. Decydowały się na to, bo nie widziały innej drogi. Albo “dla dzieci”. To były silne mamy. Musiały być silne. Wyrażając swoje uczucia musiały się mierzyć z tym, że będą wzięte za furiatki, niezrównoważone, nadmiernie emocjonalne, neurotyczne, słabe. Dlatego często czuły, że to wszystko trzeba w sobie schować. Dla dobra innych. Wiele z nich nie czuło, że ma w życiu przestrzeń na swoje emocje, smutki, na rozklejanie się. Na istnienie poza rolą. A przecież nie są cyborgami. Mają na sobie wielką odpowiedzialność. Oczekuje się od nich, że odłożą siebie by wychować szczęśliwe dzieci, mimo że same niosą wiele ciężarów. Wciąż oczekuje się od kobiety, że ma się poświęcić dla dobra dzieci, dla dobra swojej rodziny.

Dzisiejsze mamy też są silne, choć wiele z nich w inny sposób. Nie magazynują łez, uczuć, gniewu. Nie zamiatają wszystkich trosk cierpliwie pod dywan żeby na zewnątrz wszystko lśniło. Wiele dzisiejszych mam już nie dusi w sobie krzyku. Wciąż są zadumane i zapłakane. Ale chyba rzadziej kryją za takimi maskami swoją złość, rzadziej kryją się za fasadami ze swoim poczuciem niesprawiedliwości. Są mniej pokorne. Mają dosyć. 

Co będą o nich śpiewać ich dzieci?
Czy będą się bać ich gniewu czy zarażą się jego siłą?

mskathrynne/Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *